Ogłoszenie!



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

15.08.2016

I

Rozdział I — rok 2006


Hannah Abbott próbowała zrobić wszystko, by zapomnieć o swoim całkowicie pozbawionym zdrowego rozsądku okresie nastoletnim. Nagłe starania w stronę zaszczepienia w sobie pasji innych, niż czytanie magazynu Czarownica, zaowocowały niespodziewanie odkrytą smykałką do krzyżówek i zagadek logicznych z mugolskiego Timesa. Zaraz za tym nadeszły ukończone z honorami studia z zarządzania i magicznej księgowości, które spowodowały, że Hannah zapałała namiętnym wręcz uczuciem do wszystkiego, co dało się wyrazić liczbami. 
Zadowolona z dzisiejszego podsumowania z rozliczenia kwartału przeciągnęła się teraz na niezbyt wygodnym krześle biurowym i poprawiła stojącą przed sobą plakietkę z napisem „Hannah Abbott — samodzielna księgowa“. Była dumna z życia, które sobie zbudowała. Jej kariera kwitła, życie uczuciowe… No, może nieco mniej, ale już niebawem weekend i na pewno przytrafi jej się coś miłego! Nic nie wskazywało natomiast, by cokolwiek miało zakłócić spokój tego wyjątkowo spokojnego czwartkowego popołudnia. 
— Jeszcze piętnaście minut i idziemy na lunch? — Bardziej rozkazała, niż zapytała koleżankę siedzącą przy biurku obok.
Beatrice Stevens, należąca do irytującego podgatunku ludzi, którzy zwykle tylko udają, że pracują, wychynęła zza Cosmopolitana i zrobiła wielce cierpiętniczą minę.
— Nie wiem czy się wyrobię.
Hannah już miała coś na to odpowiedzieć, gdy nagle jej przedpotopowy, klockowaty monitor komputera przystosowanego do obsługi programu magicznej księgowości CZAR (Czarodziejska Zaawansowana Administracja Rachunkami) rozjarzył się błękitnym światłem, zamigotał i zgasł. 
— O nie… Nie, nie, nie! — Przerażona Hannah klepnęła monitor raz i drugi, a gdy to nie poskutkowało, zaczęła w niego walić z całą mocą.
— Nie, nie, nie! Cały mój kwartał! — jęknęła. — Włącz się! Co się dzieje!
Beatrice niewzruszenie schowała się za gazetą i poradziła:
— To może być zwarcie. Jessica z piątego piętra ostatnio otworzyła nieautoryzowane połączenie przez Fiuu i zeżarło jej wszystkie dane.
— O Merlinie…
— Spróbuj zafiukać do działu IT.
Na samą myśl o tym Hannah przeraziła się bardziej niż na perspektywę utraty danych.
— Po co! Sama to naprawię — zakrzyknęła i podniosła monitor w bezsensownej próbie zajrzenia pod spód. Niestety, był zbyt ciężki.
— Iggy Pratt? — sapnęła Beatrice, marszcząc podejrzliwie brwi. Gdy Hannah na samą wzmiankę przystojnego informatyka spłonęła rumieńcem, trzepnęła ją gazetą.
— Wielka Morgano! Będziesz musiała z nim w końcu pogadać!
— Nigdy! — Monitor oberwał zszywaczem.
— Posłuchaj. — Leniwa czarownica przybrała naukowy ton i w końcu wstała z krzesła. — Powinnaś przeczytać ten artykuł. Zrobili do niego psychotest, który totalnie odmieni twoje spojrzenie na związki. — Zasłoniła monitor magazynem, na co Hannah zareagowała nerwowym drganiem prawej powieki. 
Odsunęła koleżankę zdecydowanie i sięgnęła po różdżkę, zaczynając nią zaraz desperacko wymachiwać.
— Nie byliśmy nawet na jednej randce, po co z nim gadać? — wyjawiła w końcu. — O czym mielibyśmy rozmawiać?
— Myślałam, że cię w końcu zaprosił.
— Zaprosił! A potem mnie wystawił! Dupek. — Stuknęła ze złością różdżką w szklany ekran, który pozostawał bez życia.
— Czy ty próbujesz rzucić na komputer Zaklęcie Uzdrawiające?
— Być może…
Hannah z westchnięciem opadła na krzesło, powoli już godząc się z perspektywą konieczności odwiedzenia biura informatyków, gdy nagle monitor ponownie zamigotał i rozbłysnął na niebiesko. Księgowa niemal podskoczyła, łapiąc go z obu stron i mrużąc oczy, by rozczytać komunikat systemu:
— „Twoje pliki są dokładnie tam, gdzie je zostawiłaś“?! — Złapała się za głowę. — Co?!
— Gdybym była komputerem, który właśnie spieprzył cały kwartał rekordów baz danych, to pewnie twierdziłabym to samo — uznała Beatrice.
— Ale co to ma w ogóle znaczyć! 
— Sprawdzałaś czy jest podłączony do sieci?
— Nie. CZAR nie jest kompatybilny z Fiuu. 
— Czyli to nie wirus.
— Cholera go wie co to jest!
Gdy minęło kilka minut, a Hannah już zaczynała rozważać perspektywę złożenia wypowiedzenia i permanentnej emigracji do Kambodży, złowieszczy komunikat zniknął. Na jego miejsce pojawiła się znajoma, biała tabelka wypełniona od góry do dołu danymi liczbowymi.
— Merlinowi dzięki! — Dopadła do monitora i przysięgła sobie, że wieczorem pójdzie wcześniej spać, nie zapali papierosa i skończy z piciem wina. Najwyraźniej jakiś dobry duch nad nią czuwał i nie chciała tego zepsuć. 
Wtem liczby w tabelkach budżetowych zadrżały i zaczęły się zwiększać — najpierw stopniowo, a potem coraz szybciej, osiągając kompletnie astronomiczne kwoty. 
— Hannah… — Beatrice zajrzała jej przez ramię z niepokojem i pokazała na jedną z kolumn podsumowań. Za powstały chaos zdawała się odpowiadać rubryczka z rozpisanymi finansami Departamentu Tajemnic. 
— O nie… Nie! To się nie dzieje! — Hannah rzuciła się do drzwi. 
— Gdzie biegniesz?! — Beatrice wychyliła się za nią. 
— Crowley nie może zobaczyć tych liczb! — Zdesperowana księgowa ruszyła w wyścig z czasem w kierunku gabinetu szefa, choć nie przewidziała, że napotka na swojej drodze dość znaczącą przeszkodę w postaci dwóch sprzątaczy uzbrojonych w szmaty ociekające nabłyszczaczem do podłóg. Gdy Hannah wywinęła spektakularnego orła i rąbnęła głową o posadzkę, jeden z mężczyzn odzianych w granatowe ogrodniczki postukał niecierpliwie końcem mopa w tabliczkę z napisem „Uwaga! Ślisko!“.
— A czytać to cię nie nauczyli w tym Hufflepuffie? — Stanął nad kobietą i westchnął ciężko z pretensją. — Goyle, podajże ścierkę! Zrobiła smugi.

***

Problem związany z miejscami, w których kumulacja czarów jest największa, polega w dużej mierze na ich niestabilności. Spięcia i napięcia w magicznej aurze otaczającej Ministerstwo nie do końca jednak odpowiadały za powstałe po południu zamieszanie. Choć skumulowana tam magia mogła stanowić potencjalne zagrożenie, szef Departamentu Finansowego dbał, by podobne przypadki, niosące ze sobą koszty nieprzewidziane, zawsze mieściły się w awaryjnym budżecie. Dość powiedzieć, że gdy po południu CZAR niespodziewanie wypluł z siebie wszystkie te kosmiczne liczby, Silas Crowley nie był zachwycony. Natychmiast wrzucił do kominka garść proszku Fiuu, a kiedy tylko w płomieniach ukazała się głowa operatorki, warknął wściekle:
— Łącz mnie z księgowością!

***

Minerwa McGonagall była przyzwyczajona do stawiania czoła kryzysom. Przeżywszy obydwie wojny, rozmaite klęski, upadek i powrót Voldemorta oraz pełną chaosu kadencję Korneliusza Knota, z czystym sumieniem mogła się określać mianem kobiety przygotowanej na każdą ewentualność. Za nic jednak nie podejrzewała, że nagłe zakłócenia w jej trybie dnia nastąpią już w pierwszym tygodniu nowego roku szkolnego. Odkąd bliźniacy Weasley zakończyli swoją karierę naukową, podobne rzeczy już się zwyczajnie nie zdarzały.
— Coś takiego! — wymamrotała z pretensją w stronę spodeczka, który zatrząsł się gwałtownie zaraz po odłożeniu nań filiżanki. 
Gdy zaraz potem zadrżało całe biurko, a następnie niepokojący wstrząs przeszedł przez cały zamek aż od lochów, dyrektor Hogwartu odsunęła się pod okno i obróciła w stronę portretu Severusa Snape’a.
— To znowu ci twoi — burknęła.
Ku jej zdumieniu, zwykle obecny w swojej ramie mistrz eliksirów teraz nagle gdzieś zniknął. Zanim Minerwa zdążyła się zastanowić nad tym niespodziewanym precedensem, całe piętro zadrżało ponownie. 
— Jak pragnę zdrowia, co się tam dzieje! — Ruszyła w stronę drzwi, które jednak otworzyły się zaraz z impetem, całkowicie bez jej ingerencji. 
— Pani dyrektor! — Na progu stała zdyszana szóstoroczna Gryfonka, która wyglądała na przerażoną do granic możliwości. 
Jej szata nosiła plamy po co najmniej kilku eliksirach, a pół krawatu i twarzy było osmolone, zupełnie jakby uczestniczyła w nieudanym eksperymencie pirotechnicznym.
— Panno Carter. — Minerwa starała się zachować spokój i nie komentować tego rażącego naruszenia regulaminu dotyczącego umundurowania uczniowskiego. — Raczy mi pani wyjaśnić co  też się dzieje w lochach? 
— To… Pani dyrektor, to on! — Przerażona dziewczyna zasłoniła dłonią usta i przytrzymała się stojącego przy drzwiach zabytkowego fotela.
— On?
Gryfonka jęknęła głucho i objęła się ramionami, kiwając głową.
— Panno Carter, proszę się opanować. — Dyrektorka poprowadziła dziewczynę w stronę krzesła, wyłącznie siłą woli powstrzymując się od popadnięcia w bezsensowne i dalekosiężne domysły. — Powoli i spokojnie: co się tam dzieje? Jaki znowu „on“?
— Wrócił! — pisnęła dziewczyna, mając niemal łzy w oczach. — Nie wiem jak, ale wrócił! Po prostu… Po prostu wyszedł ze ściany!
— Co takiego? — syknęła Minerwa. — Panno Carter, proszę nie opowiadać podobnych bzdur. Żaden z naszych duchów rezydentów nie powinien-…
— Jest w lochach i terroryzuje profesor Goodart! — Gryfonka zamachała rękami.
— Duch?!
— Gorzej! — Rozhisteryzowana dziewczyna zaczęła znów powtarzać coś o ścianie. McGonagall westchnęła ciężko i uznała, że nie pozostaje jej nic innego, jak zejść tam i sprawdzić osobiście. Widocznie któryś z nieudanych eliksirów musiał spowodować w uczniach efekt Confundusa. Nie takie rzeczy się jednak zdarzały. Szybkie Finite Incantatem i będzie mogła wrócić do swojej herbaty. Oczywiście pewnie będzie musiała nastawić wodę na nową… Wtem Gryfonka zaniosła się histerycznym szlochem. Minerwie zdawało się, że gdzieś spomiędzy niezrozumiałych bełkotów usłyszała znajome nazwisko. Ale przecież… Nie, na pewno nie.
— Panno Carter, wystarczy. Proszę się udać do gabinetu madam Pomfrey i tam na mnie poczekać. 
— Ale… — Wielkie, załzawione oczy wpatrzyły się w byłą profesor transmutacji, która powoli traciła cierpliwość. 
— Natychmiast, panno Carter! — rozkazała. 
Gdy przerażona dziewczyna zbiegła na dół, przeskakując po drodze co kilka stopni, McGonagall zwróciła się do wielce rozbawionego portretu Dumbledore’a, który rozwijał krówkę z szeleszczącego papierka. 
— Jeżeli to znowu Voldemort, to chyba go osobiście zaavaduję — poinformowała go gniewnie.
— Moja droga, coś podobnego. — Postać na portrecie z wyraźną przyjemnością zabrała się za ciągutkę. — Nawet on nie rozpoczynałby inwazji tuż przed weekendem. 

***

Gdy Hannah zaczęła odzyskiwać przytomność, pierwszym co zobaczyła była pochylona nad nią twarz jej szefa. Jego ciemne brwi były zmarszczone tak mocno, że niemal się stykały, a rozgniewane spojrzenie nie należało do jednego z tych uspokajających widoków, którymi zazwyczaj stara się otaczać pacjentów wybudzających się z omdlenia. Z oczywistych powodów Hannah natychmiast próbowała poderwać się na nogi, ale para silnych rąk przycisnęła ją stanowczo do fotela. 
— Spokojnie, panno Abbott, żadnych gwałtownych ruchów — powiedział ktoś zza jej pleców. 
Gdy się odwróciła, jej oczom ukazał się starszy pan w uniformie magomedyka, który właśnie zdejmował z szyi stetoskop i pakował swoją torbę lekarską. 
— I nic jej nie będzie? — dopytywał się Crowley, w którego, jak się po chwili zorientowała, fotelu właśnie leżała. 
— Panie Crowley, nie jestem jasnowidzem — odparł kwaśno medyk, bazgrząc coś na recepcie, którą z niesmakiem wręczył młodszemu czarodziejowi.
— Ale gdyby pan miał zgadywać… 
— W takim wypadku również musiałbym rozważyć zmianę profesji. Medycyna to nie krzyżówki, drogi panie! Miłego dnia — burknął, po czym zdjął kapelusz z wieszaka i zatrzasnął za sobą drzwi.
Hannah milczała, a Silas wpatrywał się ze świętym oburzeniem to w receptę, to w wyślizganą, mosiężną klamkę, jak gdyby ta właśnie obraziła go osobiście. Młoda księgowa ukradkiem obserwowała ciemny, zagracony gabinet, w którym do tej pory zdarzyło jej się gościć tylko dwa razy, jednocześnie zachodząc w głowę dlaczego jej szef aż tak bardzo się nią przejmuje. Gdy Crowley w końcu się do niej odwrócił i jeszcze bardziej poluzował przekrzywiony krawat, dostrzegła w jego oczach autentyczną obawę i domyśliła się wszystkiego. 
Bał się! Bał się, a według jej najlepszej wiedzy jedyną rzeczą, która przerażała szefa Departamentu Finansowego, były pozwy. Najwidoczniej myślał, że pozwie go o odszkodowanie za… Jak to szło? „Uszczerbek na zdrowiu poniesiony w związku z wypadkiem w miejscu pracy“? Będzie musiała poszperać za odpowiednim formularzem… Na moment straciła panowanie nad własną mimiką i jej twarz rozjaśnił słoneczny uśmiech. Crowley wyciągnął w jej stronę receptę, jak gdyby bojąc się kontaktu z drugim człowiekiem i mając nadzieję, że Hannah sama ją od niego weźmie. 
— Lepiej się czujesz? — zapytał bez przekonania.
Hannah natychmiast się opanowała i opadła na fotel. Wpatrzyła się w przerażającego, wypchanego kruka przytwierdzonego do ściany w rogu pokoju i przyłożyła ręce do swoich rozgrzanych policzków. 
— Nie wiem… Kręci mi się w głowie — jęknęła najbardziej przekonującym tonem, na jaki było ją stać. 
Jeżeli, jak podejrzewała, ma zostać zwolniona za tragiczny błąd w całym kwartale, to równie dobrze może z tego wycisnąć godziwą odprawę.
— Walnęłaś się w głowę, na pewno ci przejdzie — stwierdził oczywistą oczywistość Silas, machnięciem różdżki przywołując do siebie butelkę wody z małej lodówki, zamaskowanej jako staromodna walizka. 
— Wszystko jest… Jakby rozmyte — uznała nieprzytomnie Hannah, przyjmując wodę łaskawie. Zaraz ją jednak oddała. — Nie mam siły odkręcić — pożaliła się, patrząc na szefa bezradnie. 
Crowley, należący do ludzi raczej nieprzyzwyczajonych do obecności innych w jego osobistej przestrzeni, odkręcił plastikowy korek i podał jej butelkę tak zamaszyście, że połowę wylał na jej bluzkę oraz stojące nieopodal biurko. Hannah pisnęła i odskoczyła z fotela w akompaniamencie rynsztokowych przekleństw Silasa. Zanim zdążyła wymyślić stosowną wymówkę na tak niepodważalne zaprzeczenie swojej wcześniejszej historyjki o stanie bliskoagonalnym, drzwi do gabinetu otworzyły się znienacka.
— Crowley!
Stanął w nich Perseusz Jones, młody zastępca zwierzchnika głównego oddziału Niewymownych. Po wstępnych oględzinach kałuży wody, zdenerwowanej księgowej z rozwianym włosem i szefa Departamentu Finansowego zatrzymanego w połowie wiązanki, Jones uznał, że nie chce wiedzieć, co tu się dokładnie zdarzyło i postanowił przejść do rzeczy:
— Musisz-…! 
— Jones, wynocha! — Silas, zajęty próbami osuszania zaklęciami Niezwykle Ważnych Papierzysk walających się po podłodze przed biurkiem, w ogóle nie zauważył jak podekscytowany był jego kolega.
— Crowley, musisz to zobaczyć! Znaleźliśmy… Po prostu chodź! — sapnął, jeszcze raz patrząc na Hannah, która oparła się o parapet i kalkulowała na chłodno swoje szanse wyjścia z sytuacji bez utraty pracy, godności i, sądząc po wściekłej minie Silasa, głowy.
— O czym ty znowu nawijasz? — warknął. 
— Cały twój budżet i coś o wiele, o wiele lepszego! Merlinie, Crowley, musisz to zobaczyć! — To powiedziawszy Perseusz wypadł z gabinetu tak gwałtownie, jak się w nim pojawił. Na odchodnym Silas zdążył jeszcze tylko rzucić w stronę swojej księgowej:
— Abbott, czekaj tu na mnie!
Przemierzając za Jonesem korytarze i przejścia Ministerstwa Magii zachodził w głowę o co, u licha, mogło chodzić. Gdy weszli do windy i zjechali do Departamentu Tajemnic, zmroził go ten sam irracjonalny strach, który towarzyszył mu zawsze, kiedy zbliżał do tego przeklętego miejsca. Od drugiej wojny minęło już niemal dziesięć lat, a on wciąż nie mógł się otrząsnąć po tym, co Śmierciożercy nawyprawiali tu po śmierci Rufusa Scrimgeoura. 
— Daleko jeszcze? — warknął, idąc za kolegą czarnymi korytarzami i czując się coraz bardziej nieswojo.
— Żartujesz, prawda? — żachnął się Perseusz. 
— Dokąd idziemy?
— Jesteś pierwszym spoza Departamentu, który ma okazję to zobaczyć!
— Tak, tyle że dokładnie „to“ mnie martwi.
— Przestań jęczeć. — Pchnął ciężkie wrota znajdujące się na samym końcu mrocznego przejścia i pierwszy przekroczył próg. 
Silas umilkł i pozwolił się prowadzić. W okrągłym, czarnym hallu oświetlonym tylko przez błękitne płomyki pochodni nagle zrobiło mu się zimno. Jones od razu wiedział, które drzwi wybrać najpierw, więc od razu za nim podążył, za wszelką cenę nie chcąc zostać tu sam. Gdy weszli do następnego pomieszczenia, w jego nozdrza od razu uderzył zapach ziemi, zgnilizny i powietrza, które tkwiło w bezruchu prawdopodobnie przez co najmniej kilka ostatnich lat. Znaleźli się w komnacie przypominającej ciemną jaskinię, na której środku znajdował się tajemniczy, kamienny łuk. Z jego wnętrza wyzierała kosmiczna dziura, rozjarzona blaskiem przypominającym wybuch supernowej. Kłębiące się tam dymy, światło i towarzyszące wszystkiemu upiorne szepty sprawiały, że Silasa przeszły ciarki.
— Czy to-…?
— Kiedyś była — wyjaśnił Niewymowny. — Teraz… Sami nie wiemy. Grupa praktykantów spieprzyła tu coś dzisiaj rano, jeszcze do końca nie wiemy co — nawijał — no i nagle okazuje się… Okazuje się, że to wydziela też jakieś pole! Wiesz jaką ma przenikalność? — zapytał z podnieceniem.
— Przenikalność? — Silas zamrugał kilka razy.
— Fal świetlnych.
— Człowieku, mówże po ludzku!
Twarz Perseusza rozjarzyła się w uśmiechu.
— Masz okazję na własne oczy zobaczyć eter, Crowley!
— Eter? — Odważył się podejść bliżej, ale Niewymowny natychmiast położył mu rękę na ramieniu i pociągnął go do tyłu.
— Sami nie wiemy jak daleki to ma zasięg. Zostań gdzie jesteś.
— Zasięg? Co to w ogóle jest! Myślałem, że macie tu jakiś prototyp portalu, a to-…!
Perseusz westchnął ciężko i potarł nasadę nosa.
— Bo to jest portal. Właśnie w tym problem. Nie wiemy jeszcze jak to się w ogóle stało, ani czy jest stabilny, ale wiemy, że coś-…
— Niemożliwe. — Silas cofnął się z przerażeniem jeszcze o dwa kroki. — Niemożliwe! Wszystkie zostały pozamykane… A nawet jeśli, to-to… To nigdy tak nie wyglądało. — Wyciągnął oskarżycielsko palec w stronę kłębiącego się kosmicznego światła. — Ktoś musiał przy tym majstrować!
— No właśnie! Na początku też tak myśleliśmy, więc zbadaliśmy to od góry do dołu. Okazuje się, że nie było żadnej ingerencji z zewnątrz.
— Z… Że z naszej strony? Chcesz mi powiedzieć, że coś się stamtąd wydostało?!
— Dzisiaj robiliśmy testy na wiązkach światła. — Perseusz podniósł leżący na ziemi przypadkowy kamień i rzucił nim prosto w sam środek portalu. — Patrz na to.
Coś w jego wnętrzu zaraz zasyczało, a potem zaczęło się kłębić i buchać światłem na wszystkie strony. Za chwilę wypadły z niego strzępki czegoś, co przypominało mleczne, płynne szkło. Nagle wszystko ustało, by zaraz potem, w towarzystwie niespodziewanego wybuchu, wypuścić z siebie tysiące drobinek piasku, które zatrzymały się tuż przed dwoma czarodziejami.
— Co to? — Crowley nie mógł uwierzyć własnym oczom, a tymczasem Perseusz wyciągnął z uśmiechem rękę, dotykając zastygłych w powietrzu kryształków. Teraz przypominały  diamenty mieniące się we wszystkich kolorach tęczy.
— Drobiny czasu w stanie czystym.

***

Pierwszym, co Minerwa McGonagall zastała zaraz po wejściu do lochów, była przestraszona grupka przyczajonych Gryfonów, którzy próbowali uspokoić siebie nawzajem, szepcząc coś poddenerwowanymi głosami. Część wyglądała, jakby potrzebowała natychmiastowej opieki medycznej. Gdy tylko zauważyli profesor McGonagall, na ich twarzach odmalowała się niewypowiedziana ulga.
— Wracajcie do Pokoju Wspólnego — rozkazała, a oni usłuchali jej niemal natychmiast. 
Gdy przepychając się wbiegli na schody i pognali na górę, zaniepokojona już mocno dyrektorka pchnęła drzwi prowadzące do klasy eliksirów. Normalnie spodziewałaby się zastać tam wystrój, do którego po dziewięciu latach zdążyła się już przyzwyczaić, ale w obecnych okolicznościach pozostawała niezwykle czujna. Coś jej mówiło, że za ten cały bałagan wcale nie odpowiadał żaden Confundus. Zwłaszcza, że nowa profesor eliksirów nie była przecież niekompetentna. Na ogół można jej zaufać w kwestii bezpieczeństwa studentów, czasem tylko jej dekoratorskie zapędy wymykały się spod kontroli.
Eufemia Goodart, korpulentna czarownica po pięćdziesiątce, dzięki kilku gustownym obrazom, dobremu oświetleniu i przyjemnym dla oka tapetom przemieniła ten niegdyś okropny loch w całkiem znośną siedzibę. Swoją drogą — Minerwa uważała, że ta metamorfoza wyszła pomieszczeniu i samemu przedmiotowi na dobre. Nie tęskniła do rozhisteryzowania i ataków nerwic wśród uczniów, którzy na sam dźwięk nazwiska poprzedniego mistrza eliksirów popadali w stan przedzawałowy. 
Gdy nowa dyrektor Hogwartu zamknęła za sobą drzwi klasy, zastała przed sobą scenę nie do opisania. Nowa nauczycielka stała w kącie, przyciskając się z przerażeniem do ściany, z wymalowanym na twarzy apogeum terroru wpatrując się w kogoś, kto z zapałem zrzucał z półek coraz to nowe książki. Tuż przed Minerwą, na samym środku ściany, rozpościerała się dziura, z której buchało światło supernowej i nici materii przypominające połyskującą pajęczynę. Po podłodze walały się poprzewracane ławki i kociołki, a przy regale z poukładanymi w porządku alfabetycznym podręcznikami stał…
— Niemożliwe! — szepnęła profesor McGonagall, chowając różdżkę do kieszeni i rzucając jeszcze zaniepokojone spojrzenie w stronę profesor Goodart.
Przerażona czarownica jęknęła, gdy mężczyzna zaczął zwalać na podłogę jej jeszcze do niedawna idealnie ustawione woluminy.
— Bezsens — warknął zachrypnięty, nieprzyjemny głos. 
— Bzdury. — Kolejna książka wylądowała w kałuży rozlanego eliksiru z głośnym plaśnięciem. — Merytoryczna hańba! — Łup! Następna przeleciała tuż obok Minerwy. 
— Tragiczny przekład, to trzeba czytać w oryginale… Ha! Już widzę jak te tłumoki coś z tego wyniosą! — Gdy dorwał w swoje ręce kolejną pozycję z półki, wyprostował się i wydał z siebie dźwięk przypominający powarkiwania wyrwanego ze snu bazyliszka. 
— Jak można w ogóle kupować naukową pozycję, która nie ma bibliografii?! — To powiedziawszy odwrócił się na pięcie i stanął oko w oko z profesor McGonagall, która krzyknęła krótko i cofnęła się o kilka kroków, uderzając o przewaloną ławkę.
— Minerwo. 
Tuż przed nią, boso i w nieco nadszarpniętej czarnej szacie, stał Severus Snape we własnej osobie — nawrócony Śmierciożerca, podwójny szpieg, do niedawna uznany za zmarłego bohater wojenny i nauczyciel z piekła rodem, odpowiedzialny za traumę studentów uczęszczających do Hogwartu na przestrzeni kilkunastu lat.
— Widzę, że pozwoliłaś sobie na mały remont względem mojej klasy. — Uśmiechnął się sardonicznie.
— To już nie jest twoja klasa — odparła twardo McGonagall, starając się nie wpatrywać zbyt długo w ziejący ze ściany portal. Zdawało jej się, że im dłużej na niego patrzy, tym bardziej ma ochotę wskoczyć w sam środek. 
— Słucham? — Snape zdawał się być tą informacją szczerze zdumiony, więc dyrektorka z ciężkim sercem postanowiła go oświecić.
— Severusie… Umarłeś — powiedziała, najłagodniej jak tylko było ją na to stać. — Niemal dziesięć lat temu. 
Początkowo zszokowany, poprawił niecierpliwie naderwany rękaw szaty, ubrudzony srebrzystą substancją niezidentyfikowanego pochodzenia, i rozejrzał się po klasie z niesmakiem.
—  I to jest osoba, którą zatrudniasz na moje miejsce?! — Wskazał z pretensją na profesor Goodart, która, gdy tylko Snape zwrócił na nią uwagę, wydała z siebie agonalny pisk. 
— Proszę… Nie chciałam…! — jęknęła. — Gdybym tylko wiedziała, że-… Skąd mieliśmy wiedzieć, że wcale nie umarłeś!
— Severusie, proszę cię. — McGonagall podeszła do niego i cierpliwym ruchem wyjęła z jego rąk książkę, z którą naraz nie chciał się rozstać. — Ty nie żyjesz!
— Tak, proszę iść w stronę światła! — pisnęła profesor Goodart. — O tam! — Pokazała na portal, drżąc jeszcze z przestrachu.
— Nie będę szedł w stronę żadnego cholernego-…!
— SEVERUSIE!
— Porozwieszała tu sobie tapety! — zagrzmiał.
— Cóż, nikt nie zabrania nauczycielom dekorowania swoich klas-…
— To moje lochy! 
— Technicznie rzecz ujmując moje — McGonagall ucięła w końcu dyskusję. — Usiądź. — Poprowadziła go do jednej z ławek, gdzie zaraz został usadzony niczym niesforny uczeń. Patrzył się teraz w portal, oddychając ciężko i chrapliwie.
— Severusie… Pamiętasz Wrzeszczącą Chatę? — zaczęła łagodnie.
— Pamiętam — powiedział w końcu. — Ale nic po tym. Ani tego, — machnął ręką w stronę międzygwiezdnego, rozjarzonego przejścia — ani… momentu przed. — Zrobił w powietrzu gest mający najwyraźniej coś oznaczać, choć Minerwie nic on nie mówił.
— Naprawdę minęło dziesięć lat? — zapytał nagle, wyprostowując zwykle lekko przygarbione plecy i patrząc na dyrektorkę przenikliwie.
Jeśli nawet był to duch z gatunku tych, których jeszcze nie udało się odkryć czarodziejom, to profesor McGonagall musiała przyznać, że jest on łudząco podobny do swojego żyjącego pierwowzoru. A przecież Severus nie mógł tak naprawdę… Magia nikogo nie przywraca do życia. Zanim zdołała powstrzymać wściekle galopujące myśli, było za późno. Martwy czy nie, Severus nadal pozostawał niezwykle utalentowanym legilimentą. 
— Salazarze! — warknął naraz ze zniecierpliwieniem, uderzając dłonią w biurko i podrywając się na równe nogi. — Czy gdybym był martwy zrobiłbym tak?! — Dopadł naraz do kremowych tapet w złote i granatowe paski i zerwał jedną mocnym szarpnięciem. 

Tego już było widać za wiele dla profesor Goodart, która z cichym szelestem szat osunęła się na podłogę.



11 komentarzy:

  1. Najbardziej pierwsza! (muszę zaklepać miejsce, bo nie po to zaglądam tu co kilka minut, żeby ktoś mnie wyprzedził!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie nie bardzo wiem, co napisać, bo jestem w stanie absolutnej histerii. Siedzę i próbuję przestać się śmiać w poduszkę, albo chociaż przejść w stan, gdzie będę się faktycznie śmiać, a nie dziko rechotać. Ok, to teraz na temat.
      Nie spodziewałam się, że zaczniesz pisać tak szybko i że to będzie coś... no, takiego. Bo opko jest absolutnie przecudownie oryginalne, zmartwychwstającego Snape'a jeszcze nie widziałam, w każdym razie nie tak, żeby nie był duchem. No. I zachowuje odpowiednią proporcję bucowatości przy udziale zrzucania książek. Co prawda na razie smarkanie na ściany jest moją ulubioną Severusową czynnością, ale widzę, że jej miejsce jest zagrożone.
      I McGonagall! Jejku, jak ja ją lubię. Może nie jest Śmierciożerczynią, ale w opkach prawie zawsze jest tą Jedyną Słuszną Bohaterką, nawet jeśli cała reszta jest zawalona. Ofkors u ciebie reszta jest równie cudowna, co McGonagall, ale jej reakcja mnie zdobyła. No bo kto by nie krzyczał ,,Severusie, ty nie żyjesz!" patrząc na Snape'a. W zasadzie mam wrażenie że wygłoszenie takiego komentarza za jego właściwego życia miałoby równy sens, co wygłoszenie go po śmierci.
      W sumie nie wiem, co dodać, bo mało tego. Skończę chyba po prostu i powiem, że jestem zdobyta i chociaż wiem, że nie ma szans, to czekam na wujka Aldena (chociaż może jednak? Z tymi portalami nigdy nic nie wiadomo... :P) albo chociaż Oleńską. Bo tak trzeba, jak się już tworzy świetne postacie.
      Ściskam mocno, weny <3

      Usuń
    2. A ja się śmiałam przy okazji czytania twojego komentarza. Zawsze mam lepszy humor jak do mnie wpadasz :) Otrzymujesz kartę stałego klienta! Dorzucę zdjęcie Aldena.

      Też nie sądziłam, że znowu zacznę tak szybko, ale naszła mnie wena, a właściwie spadła na mnie z hukiem gdy wychodziłam z autobusu. Potem Nocebo pomogła mi dopracować pomysł i obiecuję, że wyjdzie absolutny CHAOS <3

      Ściskam! <3
      O.

      Usuń
  2. Oto moc sprawcza dużej ilości wina, sushi i wyjca z Półwiejskiej. O mące do pieczenia nie wspominając!

    Jest lekko, przyjemnie i zabawnie - przynajmniej na razie. Ewentualne dramaty pewnie pojawią się w swoim czasie, ale na razie cieszmy się fanficową *bezstresowością* i możliwością wyżycia się na kanonie.

    Goyle przy szmacie, Hannah na glebie, Sever zdzierający tapety... Teraz czekam już tylko wiesz na co. <3

    Weny!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wesołych urodzin, profesorze Snape!

    Witamy na świecie po krótkiej przerwie. Wszyscy od początku wiedzieliśmy, że nic panu nie będzie, bo w zasadzie złego diabli nie biorą. Dlatego zrywamy tapety i zaczynam od nowa. Tu jest blankiet na zamówienie do magicznej księgarni, a tu wiadro czarnej farby. Raz, dwa, trzy...

    Szoł!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow. Jeszcze nigdy nie widziałam żeby ktoś wpadł na pomysł z zmartwychwstałym Sevverusem! I... jestem absolutnie zachwycona! Trochę czasu minęło od przerwy Snapea, ale widać facet szybko wraca do formy.
    Dobrze mi się czytało. Rozdział długi, ale z humorem. Tak trzymaj!
    Zostaję na dłużej ^^
    Pozdrawiam, Lora
    avengers-po-drugiej-stronie-lustra.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Blog został dodany do Katalogu Fanfiction.

    Pozdrawiam
    Susan Kelley

    fanfiction-katalog.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Blog został dodany do Katalogu Euforia.
    Pozdrawiam, Białko :>

    OdpowiedzUsuń
  7. OMG ! Tak bardzo się cieszę, że wróciłaś do opowiadania o Snape :D pomysł bombowy! mam nadzieję, że niedługo pojawi się nowy rozdział :D
    Pozdrawiam,
    Kora

    OdpowiedzUsuń
  8. Witaj!
    W naszej blogosferze rozpoczyna pracę nowy katalog. Możesz już teraz zgłosić do niego swoją stronę! Jeśli chcesz, zajrzyj do Nas w wolnej chwili i zapoznaj się z regulaminem.
    katalog-z-glowa-blogspot.com

    Powodzenia w dalszym blogowaniu! Przepraszamy za spam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Olenska kiedy nowy rozdzial? :P

    OdpowiedzUsuń