Ogłoszenie!



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

16.10.2016

VII

A/N: Dziękuję za wszystkie cudowne komentarze! Jak zwykle się spóźniłam, ale cóż, lepiej późno niż później, w końcu Severus wymaga perfekcji. Enjoy!




O tej porze zamek pogrążony był w ciszy i półmroku. Jedynym źródłem światła były pozapalane gdzieniegdzie zabytkowe kandelabry oraz Lumos z różdżki Pottera, który wciąż nie chciał zostawić go w spokoju. Zbawca czarodziejskiego świata dreptał za mrocznym mistrzem eliksirów z energią ciekawskiego stworzenia, podczas gdy starszy czarodziej wszelkim sposobem starał się go zgubić.
— Dokąd idziemy?
— Jak widzę wciąż jesteś na posterunku. Bez obaw, możesz spocząć.
Gdy weszli na ruchome schody, Severus ze wszystkich sił nawoływał moce sprawcze obecne w zamku, by wepchnęły Pottera na wadliwy stopień. Niestety, lata wałęsania się po zamku musiały wyrobić w nieznośnym Gryfonie instynkty niezbędne do przeżycia w podobnych nocnych sytuacjach. Snape zaczął rozważać, czy jeżeli zacznie przewracać oczami jeszcze mocniej, wpadną mu do środka czaszki.
— Potter, naprawdę nie ma potrzeby, żebyś mi asystował.
— Ależ żaden problem.
— Potter!
Alohomora.
Severus żałował gorzko, że nie ma ze sobą różdżki. Nie dlatego, że inaczej nie mógłby się dostać na szóste piętro, ale przynajmniej miałby pod ręką coś, co mógłby wbić temu denerwującemu chłopakowi w gardło. Zmierzył go w drzwiach zimnym spojrzeniem i przecisnął się pierwszy na korytarz. Gryfon, rzecz jasna, podążał tuż za nim.
— Jeżeli profesor Vector wpadła do portalu, możemy ją stamtąd jakoś wyciągnąć?
— A skąd niby wiesz, że wpadła do portalu? — Snape starał się być opanowany, ale coraz bardziej tracił wprawę. Być może to te chwilowe wątpliwości we własną ekspertyzę…
— W przeciwnym wypadku musiałbyś chyba zdać licencję, czyż nie? — Potter uśmiechnął się krzywo pod nosem, niemalże wpadając na zakręcie na stojącą w rogu zbroję. 
Niestety, denerwujący chłopak miał rację. Przecież nie mógł się pomylić. Nie przy warzeniu. A ten konkretny eliksir już na pewno nigdy się nie mylił. 
— Możesz sobie iść. Tylko ani słowa Minerwie.
— Żartujesz? Teraz się robi ciekawie. Tylko co właściwie masz zamiar tu robić? — Wskazał na ciężką, fantazyjnie udrapowaną na kamiennej ścianie czarną kotarę, która właściwie nie stanowiła niczego poza dekoracją. Severus już miał zamiar znowu zacząć ziać ogniem, ale jednak powstrzymał się na moment i przyjrzał Harry’emu nieco dokładniej. Potter po raz pierwszy odkąd go znowu zobaczył wykazywał jakiekolwiek oznaki emocji innych od chłodnej kontemplacji. Nie takim go zapamiętał i szczerze mówiąc ten nowy, cierpliwy i spokojny Potter wyprowadzał go z wewnętrznej równowagi. 
— Brakuje ci go? — zapytał bez sensu, natychmiast karcąc się za to w duchu, bo z natury nie cierpiał rozmów na takie tematy.
Tak jak się tego spodziewał, auror wbił w niego wielkie, zielone oczy szukające aprobaty i pocieszenia. Snape skrzywił się i zgrzytnął zębami, odsuwając od chłopaka na pół metra. 
— Skąd-…?
— Nieważne. Zapomnij. Nic nie mówiłem. — Odwrócił się w stronę ściany, obmacując kamienie w nadziei, że znajdzie tajemne przejście. Według jego najlepszej wiedzy to właśnie tu Septima Vector miała swoje prywatne kwatery, gdyż z natury była kobietą leniwą i nie chciało jej się przemierzać pół zamku, by dotrzeć do klasy od numerologii. 
— Skąd wiedziałeś? — Potter stał dalej w tym samym miejscu, choć był ewidentnie wytrącony z równowagi. Nareszcie! — Użyłeś na mnie legilimencji? Wiesz, że to teraz nielegalne?
Snape wykrzywił wąskie wargi w paskudnym uśmieszku, kucając przy ścianie i obserwując podłogę tuż przed miejscem, gdzie spodziewał się drzwi, lecz nie znalazł żadnych obiecujących śladów. 
Salazarze, zmiłuj się! Nie musiał stosować magicznych sztuczek na kimś, kto nosił wszystkie emocje na wierzchu! Nie żeby się mocno wypytywał o to, kto zginął podczas wojny, ale Draco i tak mu wszystko wyśpiewał, nie było więc sensu szukać informacji u źródła. Severus w pierwszej chwili sądził, że tylko dlatego nie wpadł na niego jeszcze tabun Weasleyów, bo świetnie się ukrył, a Potter śmiał wziąć rozwód i teraz go unikali, ale prawda była zgoła odmienna. Ruda część Złotego Trio poległa w bitwie o Hogwart. Snape sam nie wiedział jak się do tego odnieść, dlatego starał się szybko zmienić temat:
— Doprawdy? Chciałbym zobaczyć proces ścigania za to konkretne przestępstwo. — Wstał i otrzepał spodnie. — Legilimencja nie zostawia śladów, Potter — dodał zarozumiale, co auror zniósł z zaskakującą godnością.
— Nie musimy przeprowadzać śledztwa. Używamy veritaserum.
Veritaserum! Doprawdy, Potter, twój rząd jak widzę nie zszedł jeszcze z wojennej ścieżki? — wymruczał jedwabistym tonem ciężko podszytym ironią.
— Co masz na myśli? — Harry zmarszczył nieufnie brwi.
— Czarny Pan używał veritaserum, Potter. — Odwrócił się do Gryfona, na sekundę odrywając się od obmacywania ściany. — I Barty Crouch senior przy procesach Śmierciożerców.
Harry splótł ręce na piersi i posłał mu spojrzenie pełne wyższości.
— I ty też, Snape.
Severus wyglądał przez chwilę, jakby miał zamiar coś mu na to odpowiedzieć, ale w końcu sobie darował. Uznał, że swoje lata edukowania absolutnych osłów ma już za sobą, teraz czas na problemy natury pilnej. Przeklęta wiedźma zamknęła swoją pieczarę na cztery spusty i nie było mowy, by mógł się tam dostać, a już na pewno nie bez różdżki.
— A co jeśli ustawiła tu takie same zabezpieczenia jak na Pokątnej? — Gdy już myślał, że ma to za sobą, Potter najwidoczniej postanowił ponownie oblać go blaskiem swojej elokwencji.
— O czym ty znów-…?
Jednak zanim zdołał uwarzyć w sobie odpowiednie ilości jadu, który mógłby przelać w każdą najmniejszą głoskę wypowiadanych słów, jego niechciany towarzysz wyprawy wyrwał się przed szereg i zaczął dotykać różdżką pojedynczych kamieni, w identycznej sekwencji jak cegły w murze na tyłach „Dziurawego kotła“. Gdy Severus już miał zamiar się zagotować, podłoga pod ich stopami zadrżała delikatnie, a sznur oplatający kotarę rozwiązał się samoistnie, sprawiając, że opadła z ciężkim szelestem do samej podłogi. Za nią rozległo się skrzypienie drzwi, a poły materiału napęczniały powietrzem, zupełnie jak gdyby nastał przeciąg. 
— To coś jak kod PIN „jeden, dwa, trzy, cztery“. Łatwy do zapamiętania.
— O czym ty znowu bredzisz?
Harry jako pierwszy odsunął tajemniczy materiał i poszedł sprawdzić, co się kryło po drugiej stronie. Severus, nie chcąc pozostać w tyle, natychmiast podążył za nim, choć z niemałą dozą nieufności. Podczas jego nauczycielskiej kariery w Hogwarcie nie nawiązał zbyt wielu bliskich przyjaźni… no dobrze — żadnych, ale za to zdążył poznać wszystkich współpracowników wręcz dogłębnie. Septima Vector nie należała jednak do czarownic niezdolnych, nie pałali też do siebie wzajemną sympatią — choć, rzecz jasna, nie było w tym ani trochę jego winy — i teraz co krok spodziewał się ukrytych pułapek.


Każdy początek nowej drogi jest trudny. Jego własny był po prostu okropny. Nie odejmując nic Dumbledore’owi, ale Voldemort przynajmniej otworzył mu furtkę do zdobycia tytułu mistrzowskiego, podczas gdy dyrektor… Zapewnił mu nieograniczony dostęp do ptasich móżdżków. I to nawet nie takich, które mógłby dodać do eliksiru.
Severus, po raz kolejny w swoim życiu, znalazł się w potrzasku. Na początku postanowił, że przetrzyma trzy lata. Potem postanowi co dalej i być może uda mu się umknąć do placówki o nieco bardziej akademickim nastawieniu. W najgorszym wypadku był gotów zagnieździć się w Magicznej Bibliotece Narodowej, byleby tylko nie musieć nikomu tłumaczyć po raz setny z rzędu jak uwarzyć eliksir pieprzowy. 
Dumbledore okazał się jednak sprytniejszy, niż z początku sądził. Po kilku latach wysyłania swojego resumé w miejsca coraz bardziej rozpaczliwe, zaczął wczytywać się nieco głębiej we wszystkie odpowiedzi odmowne. Każda z nich była pisana w podobnym tonie i w końcu domyślił się, że problem nie leży w jego kwalifikacjach — nikt nie odważy się go przyjąć do pracy. Jego reputacja go wyprzedzała i to wcale nie w pozytywnym sensie. Jedynym wyjściem byłaby rekomendacja, a tej nigdy nie uda mu się wyprosić. Slytherinie, dyrektor nie chciał mu nawet dać jakiejś porządniejszej posady i skazał na posępną egzystencję w oparach absurdu! Nie dość, że całe dnie musiał spędzać z dzieciarnią, to jeszcze tak marną pensją mógł się co najwyżej podetrzeć.
— Wchodzisz czy wietrzysz? — rozległ się ochrypły głos gdzieś w okolicach jego karku.
Ścierpł wewnętrznie, choć starał się niczego po sobie nie pokazać. A, tak. Praca jako zrehabilitowany społecznie nauczyciel była już dostatecznie upokarzająca i za bardzo w klimacie wiktoriańskiej utylitarności, ale nie wyprowadzało go to z równowagi nawet w połowie tak bardzo, jak ta beznadziejna kobieta.
Nie odwracając się nawet, przestąpił próg Wielkiej Sali i przemaszerował w stronę stołu nauczycielskiego niczym jednoosobowe Gestapo. Czarny płaszcz, jeszcze nieco zbroczony deszczem po tym jak wymknął się na porannego papierosa, powiewał za nim złowieszczo. Severus musiał przyznać, że bardzo mu się ten efekt podobał i chyba będzie musiał go opatentować.
Gdy wsunął się na swoje miejsce przy samym brzegu stołu, ponownie oblał go zimny pot, nie mający nic wspólnego z podłą pogodą. Nienawidził jeść publicznie. Nienawidził jeść przy ludziach i patrzeć na innych jedzących. Samo wyobrażenie jedzenia w ustach innych wzbudzało w nim wstręt. Nie ma nic gorszego niż jeść w hałasie, uczestniczyć w sztucznie uprzejmych rozmowach i odrywać się od talerza tylko po to, by podać komuś cholerną sól, którą ten ktoś równie dobrze mógł dosięgnąć sobie sam. Nie miał pojęcia dlaczego Dumbledore nalegał na tę farsę, niezbyt się przysłuchiwał jego przemowom o zacieśnianiu więzów i duchu szkoły, właściwie ignorował je tak bardzo, jak tylko się dało. Osobiście na radach pedagogicznych Albusa zawsze miał tylko jedno pytanie, skierowane zwykle do siebie: co on do licha robił ze swoim życiem?
— Podasz mi sól? — Padło pytanie, które spodziewał się usłyszeć przy każdym posiłku, zawsze od tej samej wkurzającej osoby.
Podpierając głowę na łokciu, drugą ręką przysunął jej rzeczony obiekt, nie odrywając wzroku od drzwi wejściowych.
— Za chwilę dostanę wylewu — oznajmił mrocznie.
Jej zapuchnięte oczy nie były mniej zmęczone od jego, choć z jakichś denerwujących względów przeklęta wiedźma zachowywała z rana wigor półrocznego szczeniaczka.
— Przełożyłabym to na piątek. — Przysunęła mu znowu sól, choć niepotrzebnie, bo jego talerz pozostawał pusty. 
Sam nie wiedział dlaczego dał się wciągnąć w tę konwersację, ani czemu w ogóle się do niej odezwał. Z drugiej strony… Spotykały go gorsze rzeczy od słownych przepychanek z Septimą Vector. Przynajmniej w ten sposób szybciej leciał czas. 
Zanim zdołał się powstrzymać, zaczął ją analizować. Ta jej opuchlizna mogła być zwyczajną alergią. Nie podejrzewał, by zarywała noce nad książkami czy kociołkiem. Osobiście w ogóle nie wiedział jakim cudem ktoś tak młody mógł zaklepać sobie posadę profesora numerologii. Przeklęta gówniara musiała być czyjąś córką, kuzynką, chrześniaczką czy Salazar wiedział jeszcze kim, o innej możliwości nie było mowy. Ile ona miała lat? Zresztą nieważne. Była tak samo niekompetentna jak oni wszyscy.
— Brzmi dobrze. — Ostrożnie nalał sobie kawy.
— Nie dla ciebie. – Uśmiechnęła się tak złowrogo, że natychmiast przypomniał sobie, dlaczego wśród ciała pedagogicznego chodziły plotki o jej rzekomej edukacji w Durmstrangu.
Skończyła swoją jajecznicę i wytarła usta serwetką.
— Nadzorujesz weekendowy wypad do Hogsmeade — poinformowała go, na co on wyprostował się jak struna.
— Co? — wysyczał, krzywiąc się tak strasznie, że przez chwilę naprawdę dostrzegł cień strachu na jej twarzy. Szybko jednak powróciła do swojego zwykłego grymasu pogardy.
— Z nas dwojga to ja mam ważną randkę, pozwoliłam sobie przerzucić na ciebie mój dyżur. — Rzuciła serwetkę na krzesło i ruszyła w stronę drzwi takim krokiem, jak gdyby szła po wybiegu.
Istniały takie dni, w których Severusa trafiał jasny szlag, po którym następowało intymne wręcz zrozumienie dla motywów Voldemorta. Musiał przyznać, że na początku całe te jego mordercze plany wobec ludzkości niezbyt do niego przemawiały, ale im dłużej przebywał na smyczy drugiego najpotężniejszego maga współczesności, tym bardziej zaczynał do nich tęsknić.


— Czego właściwie szukamy? — Potter rozejrzał się po zabałaganionym pokoju ze zdrową dozą sceptycyzmu. 
Zapalił zaklęciem stojącą na parapecie staroświecką lampę naftową i pospiesznie zamknął okno. W całym pomieszczeniu panował przenikliwy chłód, choć Snape zdawał się być bardziej zniesmaczony panującym wokół nieładem, niż zimnem. Gdy Harry przestawił lampę z okna na stojący na środku stolik do kawy, pokryty białymi śladami po kubkach, przytłumiony blask oświetlił to, co można by uznać roboczo za „wizualne piekło pedanta“. 
Przeciąg sprawił, że porozrzucane po podłodze kartki i kawałki pergaminu zaścielały teraz cały dywan i połowę niepościelonego łóżka. Na jednym fotelu w rogu piętrzył się stos pogniecionych ubrań, a na drugim, tym przy biurku, gigantyczna sterta książek, z których większość, co Snape zaraz stwierdził po grzbietach, pochodziła z Działu Ksiąg Zakazanych. Wciśnięty w kąt pokoju regał mieścił w sobie nie tylko dużo więcej różnych woluminów, ale także mapy, kartki, notatki, zeszyty, podręczniki i stare krzyżówki. Cały ten chaos nie miał początku, końca ani wyraźnej topografii. Jedyną osobą, która umiała się w nim swobodnie poruszać, niewątpliwie była jego właścicielka i bezpośrednia sprawczyni.
— Snape?
Severus zgrzytnął zębami na dźwięk swojego nazwiska w ustach Gryfona, ale z drugiej strony uznał, że sprzeczanie się z nim teraz o właściwy sposób adresowania jego szanownej osoby byłoby bezcelowe. Zamiast tego wygrzebał spod sterty papierzysk pudełko zapałek i zapalił kolejną lampę. Przyświecając nią sobie, podszedł do zdezorganizowanego regału w poszukiwaniu wskazówek.
— Ta wiedźma — warknął chwilę później. Odsunął na bok część książek z najwyższej półki i wyszarpnął wciśniętą na sam brzeg „Powszechną Encyklopedyję Orgelbrachta Uroków Tajemnych i Czarów Złowieszczych“.
— Co to jest?
— Latami próbowałem ją wypożyczyć z biblioteki, a ta cholera przetrzymała u siebie jedyny egzemplarz!
— To jakaś specjalna książka?
Severus odwrócił się gwałtownie, przybliżając lampę blisko twarzy, by móc lepiej zaakcentować nienawiść w spojrzeniu. 
— Jako auror powinieneś znać ją na pamięć, Potter!
Ku rozpaczy jego zdrowego rozsądku, Gryfon tylko wzruszył wymijająco ramionami i skierował swoją uwagę na zaściełające podłogę notatki. Podniósł jedną i zaczął studiować z uwagą.
— Wiesz, że gdy przykładasz lampę tak blisko twarzy wyglądasz jak ghoul? Chyba, że taki był twój zamiar, w takim razie sobie nie przerywaj.
Ledwo powstrzymując nagłą chęć zamordowania denerwującego dzieciaka krzesłem, Severus przycisnął upragniony wolumin do piersi i przestąpił nad zwiniętą w kłębek szatą, chcąc się dostać do tego, po co tak właściwie tu przyszli. Wyszarpnął zmiętą kartkę z rąk Gryfona i podniósł ją do światła.
— Hej!
Gdy tylko przebiegł wstępnie wzrokiem po treści, przestał się krzywić i zaczął czytać nieco dokładniej. Jego ciemne brwi zmarszczyły się tak mocno, że niemal spotkały się przy nasadzie nosa. Gdy skończył, natychmiast odłożył lampę i rozprostował delikatnie zabazgraną kartkę.
— Gdzie to leżało? — zapytał z absolutną powagą.
Potter wskazał mu bez zrozumienia miejsce, przy którym Severus zaraz ukucnął i porwał pierwszą kartkę po prawej stronie. Przeczytał szybko pierwsze kilka zdań, a potem złapał zaraz trzecią i czwartą stronę, zapisaną całkowicie w równaniach i skomplikowanych wykresach.
— Co na nich jest? Czemu się tak uśmiechasz? — Harry odsunął się pod biurko, gdy Snape stanowczo odepchnął jego nogę, pod którą znajdowała się kolejna notatka.
Zamiast odpowiedzi usłyszał pełen szaleństwa rechot, który przeraził go dużo bardziej od Severusowego milczenia. Mistrz eliksirów jeszcze przez chwilę śledził kolejność chaotycznego toku myślenia profesor numerologii, aż w końcu, metodycznie i po kolei, pozbierał wszystkie zapiski i usiadł na fotelu, zwaliwszy najpierw całą stertę ubrań na podłogę. 
— Profesorze?
Był to pierwszy raz, kiedy Harry z pełną świadomością zwrócił się do niego w ten sposób, jednak nawet to nie było w stanie oderwać Snape’a od naukowego odkrycia. Jak na człowieka, który pałał absolutną niechęcią do cudzych pomysłów badawczych, teraz zdawał się być zatopiony bez reszty w teoriach osoby dotąd uważanej przez niego za kompletne zero intelektualne.
— Czy jest tam coś o portalach? — zapytał Harry ze zniecierpliwieniem, na co Snape w końcu poderwał głowę, choć tylko po to, by skarcić go rozeźlonym spojrzeniem i natychmiast wrócić do przeglądania notatek. Mamrotał coś pod nosem jak wariat, za którego Gryfon od zawsze go miał, choć teraz przedstawiał sobą o wiele więcej symptomów.
— Co za kretynizm… — Potter podniósł jedną z otwartych ksiąg, które walały się pod biurkiem. Przerzucił parę kartek, na co Snape zaraz krzyknął panicznie:
— Potter, zostaw to! — odrzucił kartki na pościel i rzucił się w jego stronę, wyrywając mu podręcznik. Rozłożył księgę na dywanie, przerzucając kartki aż do rozdziału początkowego. Położył obok wyciągnięte z nierównego stosiku kilka zapisków, po czym po namyśle zmienił ich kolejność i rozejrzał się wokół w, według Harry’ego, absolutnym obłędzie.
— Gdzie jest Algenhoff?! Widziałem go gdzieś…
— Co? — Auror zaczął powoli powątpiewać, gdy nagle koścista dłoń mistrza eliksirów wystrzeliła w stronę fioletowej książeczki odrzuconej na sam koniec dywanu. „Zaawansowana teoria magicznych kwantów i algebry stosowanej“ Algenhoffa, choć niepozorna rozmiarem, zdawała się wpasować idealnie w nieskładny tok rozumowania Septimy Vector, który teraz Snape starał się odtworzyć.
Przesunął długim palcem po załamaniu grzbietu i otworzył na stronie, w którą w formie zakładki wciśnięto kawałek wyszarpanego pergaminu.
— Gdzie to jest… Gdzie to znalazła? — mamrotał do siebie Severus, aż w końcu znalazł zdanie podkreślone nierówno ołówkiem. — HA!
Ruszył do notatek i wyciągnął kolejną kartkę z pogmatwanym wykresem, po czym położył ją obok tych poprzednio ułożonych na podłodze. 
— Potter! — Złapał go za kostkę dokładnie w momencie, w którym Potter chciał się dyskretnie wycofać na z góry upatrzoną pozycję.
— Aha? — sapnął ze zrezygnowaniem, zastanawiając się jak przed profesor McGonagall ubrać w słowa fakt, że ich ostatnia nadzieja na rozwiązanie zagadki portalu niniejszym zbzikowała.
— Potrzebuję dużego pergaminu, dwóch piór, czerwonego tuszu i egzemplarza „Zaawansowanej astronomii babilońskiej“. — Rozejrzał się po pokoju. — Chociaż… — Wstał i odsunął Pottera bezceremonialnie na bok, kierując się znowu do regału. 
— Przeklęta wiedźma… — Wykrzywił się pod nosem w czymś, co mogło przypominać uśmiech, choć w założeniu równie dobrze sprawdziłoby się w roli sardonicznego grymasu. 
Ściskając w dłoniach pokaźną księgę wrócił do swojego poprzedniego miejsca na środku dywanu i zaczął podwijać rękawy koszuli. W samym środku czynności spojrzał ze zniecierpliwieniem na wciąż zdumionego Gryfona, który rozważał szybkie zafiukanie na oddział Świętego Munga — niespecjalnie dlatego, że martwił się o Snape’a, po prostu czuł, że po tym wszystkim sam będzie się musiał poddać intensywnej terapii.
— Jeszcze dziś, Potter, jeśli łaska! — zagrzmiał niecierpliwie, przysuwając do siebie kolejne kartki pełne numerologicznego pandemonium.
Harry niemalże wybiegł na korytarz, a Severus ponownie zagłębił się w odmętach teorii portalu, która, choć wybujała, z każdym kolejnym zdaniem miała coraz więcej sensu. Potter zniknął na ponad godzinę, co przyjął z ulgą. W końcu mógł słyszeć własne myśli. Gdy w końcu zjawił się z powrotem, nie był sam, czego Snape na początku wcale nie zarejestrował, bo oto przeszedł przez labirynt pokręconego rozgardiaszu fizyczno-eterycznego, zabił kwantowego minotaura i wyszedł z całej wyprawy więcej niż zwycięsko. 
— Severusie… — Pełna niepokoju profesor McGonagall spojrzała w lekkim przestrachu na zamęt na dywanie, którego mistrz eliksirów stanowił teraz integralną część.
— Daj mi to! — Oderwał się na chwilę od książek i wyrwał Potterowi wielką płachtę pergaminu, którą ten posłusznie przytachał. 
— Sever. Słyszałem, że cię do reszty pogięło?
— To się okaże. — Z przerażającym uśmieszkiem przyjął od czającego się w bezpiecznej odległości Dracona, którego Potter przyprowadził tu Salazar wiedział po co, chyba jako maskotkę szczęścia, dwie butelki tuszu i pióra.
Ustawił lampy na parapecie, po czym rozłożył ostrożnie cały artystyczny warsztat na biurku, z którego jednym niecierpliwym ruchem zrzucił wszystkie niepotrzebne księgi i szpargały.
— Severusie… — Profesor McGonagall obserwowała notatki Septimy z niemniejszym powątpiewaniem niż szalejącego Snape’a.
W ogóle jej jednak nie słuchał. Obejrzał się przez ramię w kierunku zapisków na dywanie, po czym zamoczył pióro w kałamarzu z czerwonym tuszem i jednym, wystudiowanym ruchem narysował na pergaminie idealną linię prostą. Następnie, czarnym kolorem, domalował skomplikowane liczby i symbole, które zaraz połączył z innym wykresem, cały czas odwracając się w kierunku pierwotnych zapisków obłąkanej profesor numerologii.
Gdy początkowe zamieszanie zaczęło się układać w spójną całość, profesor McGonagall jako pierwsza odważyła się podejść bliżej. 
— Na Merlina… — szepnęła z niedowierzaniem, na co Severus zareagował nader szyderczym uśmieszkiem.
Spisywał wszystko bez wytchnienia aż do ostatniego symbolu i ostatniej bezbłędnej linii, aż w końcu zakręcił butelki z tuszem i zrobił krok w tył, podziwiając swoje dzieło z odległości. 
— Co to jest? — Draco podszedł sceptycznie, chcąc na własne oczy obejrzeć namacalny dowód szaleństwa mistrza eliksirów.
— Rozwiązałeś zagadkę powstawania portali? — zapytał z powątpiewaniem Harry.
— Nikt nie jest w stanie przewidzieć powstawania portali, Potter — skarcił go ze złością Severus.
Profesor McGonagall ostrożnie przesunęła różdżką nad pergaminem, odrywając od niego cały skomplikowany wykres, który teraz zawisł w powietrzu na środku pokoju i rozjarzył się mdłym blaskiem. Snape spojrzał na to z niejaką dumą i ostrożnie dotknął projekcji, która zadrżała niespokojnie.

— Nikt nie jest w stanie przewidzieć ich powstawania, jest za duży odsetek prawdopodobieństwa — powtórzył powoli. — Ale zastosowując równania dokładnie odwrotne, można je z powodzeniem zamknąć.


5 komentarzy:

  1. No, już myślałam, że nie będzie Draco! A tu maskotka szczęścia. :3
    Jak Severus zapytał Harry'ego czy za "nim" tęskni, to też pomyślałam, że chodzi o Dracona. xD Widzisz, jak bardzo mój umysł pragnie Drarry?? O, Ron zginął, może za to obaj bliźniacy mają się dobrze? :D Septima i jej burkliwy charakter bardzo mi się podobają. Lepiej dla Severusa, żeby przed zamknięciem portalu przynajmniej spróbował ją sprowadzić z powrotem, bo inaczej będę zła. Odczucia Snape'a odnośnie systemu szkolnictwa i manewrów Dumbledore'a są również on point. Generalnie na tym etapie nasuwa mi się tylko jedno pytanie: GDZIE JEST LUCJUSZ?!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie tam nie przeszkadza martwy Ron. Rude plemię i tak mnoży się w postępie geometrycznym (to określenie absolutnie z niczym mi się nie kojarzy, ale dobrze brzmi), więc zapewne szybko nadrobią straty.

    A tak poza tym to ja już kompletnie nie wiem, do czego to wszystko zmierza i czego się spodziewać... Znając Ciebie, to nawet błyskawicznego zwrotu i nagłego końca :)

    W ogóle jej jednak nie słuchał. Obejrzał się przez ramię w kierunku zapisków na dywanie, po czym zamoczył pióro w kałamarzu z czerwonym tuszem i jednym, wystudiowanym ruchem narysował na pergaminie idealną linię prostą. Następnie, czarnym kolorem, domalował skomplikowane liczby i symbole, które zaraz połączył z innym wykresem, cały czas odwracając się w kierunku pierwotnych zapisków obłąkanej profesor numerologii.
    P.S.
    — To coś jak kod PIN „jeden, dwa, trzy, cztery“. Łatwy do zapamiętania.
    — O czym ty znowu bredzisz?
    Biedny jest Sever w tych nowych czasach...

    P.S.2.
    No i jeszcze profesor McGonagall, która na starość została Tonym Starkiem z dotykowymi panelami wiszącymi na środku komnaty w poczciwym Hogwarcie. Dokąd to wszystko zmierza?
    Ta joj, ta joj!

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja zrobiłam - "oo, Ron martwy?", i... właściwie to było na tyle. Nigdy mnie on szczególnie nie interesował ani nie irytował, choć uśmiercenie go z lekka mnie zdziwiło. Takie to... niekanoniczne. Nie do tego mnie przyzwyczaiłaś na Ucieczce. Z drugiej strony, czego ja się spodziewam po opowiadaniu o wskrzeszonym Snapie? ;p

    Ta dziwna relacja, która powoli tworzy się między Snapem a Potterem mnie intryguje. Zwłaszcza fascynacja, którą Potter darzy swojego - było nie było - szkolnego oprawcę. Ja wszystko rozumiem - bohater wojenny, wybielony, oczyszczony z zarzutów i na dodatek dowiedziono, że przez lata zakochany w Lily, ale... Kurczę, ja bym chyba na miejscu Pottera nie darzyła go taką sympatią. Mógł sobie być tajnym agentem i kochać moją matkę, ale, na Morganę, był dupkiem. To mi trochę zgrzyta, bo, o ile pamiętam z książki, Potter był raczej pamiętliwy w takich kwestiach.

    Kolejna sprawa to Vector. Kurczę, kobieta wydaje się internująca. Zwykle w fanfikach rolę nieco trzpiotowatej radosnej nauczycielki grającej Snape'owi na nerwach pełni Sinistra, z tego co pamiętam. Miła odmiana.

    Całusy,
    Bea

    PS Szalona - tekst ze Starkiem mnie zabił xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętliwym jest nazywanie swojego dzieciaka po Severze? ;) Ja myślę, że zmienił zdanie, bo jednak Potter to zakapior, ale miękki. Jest różnica między byciem siedemnastoletnim zakapiorem a trzydziestoletnim. Ale masz rację, pojechałam – tyle że to wszystko dla komedii. Niestety, złożyłam złego Severa na ołtarzu sztuki xDD

      Sinistrę lubię bardzo, ale potrzebowałam kogoś, kto by go właśnie, tak jak reszta, nie lubił, a do tego miał potencjał być na tyle intelignentym, by radzic sobie z zaawansowaną fizyką.

      PS Sama nie wiem, gdzie to się potoczy. Mam nadzieję, że nie do innej galaktyki…

      Ściskam,
      O.

      Usuń
    2. No muszę przyznać, że w sadze tez mi to zgrzytało - facet przez sześć lat się nade mną znęcał, ale to wszystko dlatego że kochał moją matkę, wiec mu wybaczam i nazwę po nim swojego dzieciaka? No ludzie. Dobrze, masz trochę racji, Potter dorósł i nieco przystopował, może nienawiść też już lekko oklapła, ale wciąż... Może patrzę na wszystko przez pryzmat moich uczuć, bo ja chyba bym się tak szybko nie poddała. Zwłaszcza że Snape nie musiał się nad nim znęcać, nie? No ale masz rację - Twoje opowiadanie rządzi się nieco innymi prawami.

      Usuń