Ogłoszenie!



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

27.10.2016

VIII

A/N: Już nawet nie będę przepraszać, wiecie jak jest... 
Zwłaszcza, że nieubłaganie zbliżamy się do końca chaosu ;)




— Nie chciało ci się teleportować czy aż tak się przyzwyczaiłaś do tych łóżek?
Hermiona podniosła z niechęcią głowę, odruchowo sięgając po nieco wymięty, biały fartuch, który wisiał na oparciu krzesła. 
— Która godzina? — Przetarła zaspane oczy i zaraz włożyła buty.
Neville uśmiechnął się do niej ciepło.
— Nieco po trzeciej. — Patrząc jak była zaspana, zmienił zdanie o wyrywaniu jej z łóżka. — Śpij, zajmę się tym sam.
— Już wstałam.
— To tylko groszopryszczka.
— Tylko! — Hermiona przyspieszyła kroku, w biegu poprawiając jeszcze warkocz. — To już trzeci przypadek w tym miesiącu!
Neville zamknął drzwi pokoju socjalnego i podążył za nią w kierunku windy. Gdy weszli do środka, wcisnął zdecydowanie guzik drugiego piętra i obserwował sceptycznie umęczoną koleżankę.
— Bez przesady, rekonwalescencja jest banalna.
— Nie z tymi nowoczesnymi matkami, które nie pozwalają rzucać na noworodki zaklęć ochronnych!
— A ty znowu z tym…
— Są po prostu niepoważne! Lada chwila będziemy tu mieć epidemię!
Na pierwszym piętrze do windy wsiadło dwóch starszych magomedyków, a tuż za nimi, przez powstałą szparę, wleciał malutki, fioletowy i bardzo zdeterminowany samolot z papieru i zawisł w bezruchu pod sufitem.
— Doktor Granger. Doktorze Longbottom — przywitał się ten bardziej siwy.
— Doktorze Edgecombe, doktorze Grimsby. Jak się miewa pacjentka z trzeciego? — zagadnęła Hermiona.
— Znakomicie, Granger, znakomicie, bardzo nam pomogłaś. — Staruszek zerknął kątem oka na kartę pacjenta, którą trzymał Neville, ale nie znalazł tam nic wartego uwagi czy rozpoczęcia konwersacji. — Gdzie się nauczyłaś tak warzyć Volubilis?
Wciśnięty w kąt windy i zapomniany Neville przewrócił oczami ze znudzeniem.
— Cóż, właściwie na piątym roku…
— Magomedycyny?
— W Hogwarcie.
Obydwaj mężczyźni spojrzeli na nią z uznaniem. Gdy winda zatrzymała się na drugim piętrze, jeszcze raz skinęli Hermionie głowami i puścili ją przodem. Longbottom wydostał się w ostatniej chwili, zanim metalowe drzwi windy się zatrzasnęły. Fioletowy samolocik śmignął przez szparę, podążając za Hermioną niczym wierny pies.
— Zastanawiam się czy wszystkie symptomy są podobne. — Ona nadal gnała przez korytarz szpitala, myśląc na głos.
— Hermiono…
— Być może coś przeoczyliśmy? Przecież każde magiczne dziecko jest szczepione, przepraszam… Chciałam powiedzieć, to znaczy: wszystkie zaklęcia ochronne są w pakiecie szpitalnym dla każdego noworodka, niemożliwe, żeby nagle rozwinęła nam się epidemia tak banalnej-…
— Hermiono!
— Co? — Przystanęła przed podwójnymi drzwiami prowadzącymi do zachodniego skrzydła.
— Zwolnij! Gdzie tak pędzisz? 
Neville, ledwo łapiąc oddech, przytrzymał się ściany. Gryfonka wypuściła powietrze nosem i pokręciła głową. 
— Naprawdę, Neville… Gdybym nie wiedziała lepiej, pomyślałabym, że mnie tu nie chcesz.
— Nie…
— To po co mnie budziłeś? — Zmrużyła oczy.
— Taka jest procedura — sapnął. — Dwóch magomedyków na dyżurze na każdym skrzydle.
Gdy Gryfonka nadal wbijała w niego sztyletujące spojrzenie, w końcu się poddał i wyznał co naprawdę miał na myśli:
— Nie możesz mieć do mnie pretensji, ty swoją rezydenturę już dostałaś!
— I ty też dostaniesz!
Ja nie jestem nową wizytówką szpitala — powiedział cierpko, uśmiechając się z niepodobną sobie złośliwością.
— Przestań.
— Hermiono, chcę tylko powiedzieć-…
— Co! Co dokładnie chcesz mi powiedzieć? Że odbieram ci pracę? — Postąpiła krok naprzód, zadzierając głowę i patrząc mu gniewnie w oczy, na co Neville zareagował tym samym cierpliwym wyrazem twarzy, co zwykle.
— Po prostu nie musisz tak tyrać. Kiedy ostatnio przespałaś więcej niż pięć godzin?
Hermiona umilkła dosłownie na moment, zanim wznowiła przemarsz przez szpital.
— Neville, nie mamy na to czasu. Einstein sypiał po trzy! — wybuchła.
— Einstein nie miał na głowie setek tysięcy pacjentów.
— Bez przesady, ja-…
— Hermiono! — Złapał ją za ramiona. — Popatrz na swoje ręce.
Gryfonka posłusznie zerknęła w dół, marszcząc nos na widok trzęsących się dłoni.
— Hm — uznała niechętnie.
W tym samym momencie fioletowy samolocik w końcu ją dogonił i niemalże dźgnął prosto w oko.
— Co do licha! — Parsknęła i odsunęła szarpiącą się jeszcze wiadomość od siebie i rozwinęła ją niecierpliwie.
— Co to jest? — Neville puścił ją i teraz obserwował z jeszcze większym niepokojem, niż poprzednio.
Poznała to pismo od razu. Wielokrotnie przecież pomagała jego właścicielowi poprawiać wszelakie eseje. Gdy przemknęła oczami po tekście pospiesznie nabazgranej wiadomości, jej twarz pobladła już zupełnie.

***

— Nie żebym się skarżył, ale gin się skończył.
— Och, zamknij się wreszcie! — Draco trzasnął drzwiami wejściowymi tak mocno, że prawie przestraszył przodków.
Stojący w korytarzu Lucjusz docisnął wymownie pasek obszernego szlafroka i pomachał z pretensją pustym kieliszkiem.
— Nikt się chyba nie obrazi, jeśli napocznę twojego ślubnego szampana… — zastanowił się na głos.
— Ależ częstuj się — wycedził Draco przez zęby, rozwiązując krawat. 
Jeszcze trochę nim trzęsło od wrażeń dzisiejszej nocy i zaskakującego popisu intelektu Snape’a. Jeżeli to, o czym bredził było prawdą, to… Potrzebował kawy. I wódki. Chociaż wiedział, że na to drugie właściwie nie miał co liczyć.
— Co za rozczarowanie… Dostaliśmy go od Ofelii na twoje chrzciny.
— Nie mam pojęcia kim jest Ofelia. — Wszedł do kuchni, by nastawić ekspres, o który Lucjusz zdążył już mu zrobić pięć awantur. Malfoy senior, który wyżej wymienioną utarczkę słowną przegrał z kretesem, ograniczył się więc teraz tylko do wymownego prychania na widok srebrnej abominacji, którą jego własne dziecko miało czelność przytachać do domu.
— Moja matka Ofelia! Mieliśmy wznieść nim pierwszy toast na twoim ślubie! — Lucjusz oparł się dramatycznie o lodówkę, z której Draco wyjął puszkę z kawą.
— Chyba raczej na weselu? — Ze stoickim spokojem postawił filiżankę pod wrzący strumień i udawał, że wcale ojca nie słucha.
— W twoim beznadziejnym wypadku warto opijać cokolwiek się trafi.
Spojrzenie, które posłał mu jego jedyny syn, mogłoby przepalać ściany. Kiedy w końcu w świętym spokoju usiadł ze swoją kawą, zdjął buty i wyciągnął je przed siebie, Lucjusz nachylił się nad nim niczym nocna mara i rzucił przed niego „Proroka Codziennego“, którego wytrzasnął nie wiadomo skąd.
— Gdzie byłeś cały dzień? — wysyczał podejrzliwie, zionąc taką dawką przetrawionego alkoholu, że Draconowi oczy zaszły łzami.
— Nie twój biznes. – Odsunął go stanowczo i przebiegł wzrokiem po nagłówku, który pulsował z pierwszej strony siłą tysiąca słońc.
Gdy tylko sens słów dotarł do niego z całą mocą, zbladł tak gwałtownie, że zaczął przypominać ducha.
— O nie…
— Ooo tak. — Lucjusz przysiadł się obok i odsunął od syna filiżankę, z której sam upił przerażająco wrzący łyk, choć wysoka temperatura zdawała się nim specjalnie nie wstrząsnąć.
Młodszy Malfoy zmiął gazetę w wielką kulę i rzucił ją na podłogę, przywołując na twarz swój najlepszy wyraz absolutnej obojętności.
— Czego ode mnie chcesz? 
— To nie ja na tym stracę. — Lucjusz uśmiechnął się przebiegle i przekrzywił głowę. — Miłego naprawiania swojej reputacji, sonny boy. A nie, zapomniałem. — Zasłonił usta teatralnym gestem. — Przecież ty i skandale Malfoyów nie mają ze sobą nic wspólnego. Dziwię się, że zatrzymałeś nazwisko. Czyżby-…
— Zamknij się. — Draco wstał i kopnął zmiętą gazetę tak mocno, że poleciała w drugi kąt kuchni. — Pieprzeni dziennikarze!
— Opanuj się — syknął. — To ty nie zakryłeś śladów. 
— Może jeszcze miałem pozbyć się świadków? — warknął, krążąc po kuchni.
— Nie mogłeś tego ukrywać w nieskończoność. Sam przyznasz, że i tak wszystko uszło ci w miarę na sucho. — Dopił resztę nie swojej kawy, rzecz jasna dlatego, że była taka paskudna.
Na sucho?! — Młodszy Malfoy przyskoczył do niego błyskawicznie niczym kobra. — Chyba się przesłyszałem, chcesz mi powiedzieć, że sam się w to wszystko wpakowałem, że TO — podwinął rękaw koszuli i podsunął ojcu pod nos wyblakły Mroczny Znak — zrobiłem sobie na własne życzenie, czy tak?!
Lucjusz zmarszczył się z niesmakiem i odsunął rękę pierworodnego sprzed swojej twarzy.
— Bez paniki, Draco. Nikt nie mówi, że to twoja wina. 
— Ach, Slytherinie, DZIĘKI CI, bo przez chwilę myślałem, że przypadkiem zinterpretowałeś moje „nie“ jako „weź mnie i moją duszę“! 
— Wiesz, w pewnych przypadkach… — Przesunął językiem po zębach, uśmiechając się pokrętnie.
— Tylko mi tu nie wyjeżdżaj z twoją kulturą gwałtu, bo kiedy ty siedziałeś w Azkabanie, ja zbijałem na podobnych procesach fortunę — wyrecytował agresywnie jak karabin maszynowy, ściągając marynarkę i rzucając ją na podłogę z wściekłości, podczas gdy Lucjusz nadal przetrawiał jego wypowiedź w pełnym skupieniu i braku zrozumienia.
— No proszę. Wielki pan na włościach! — zakpił niemrawo.
— Jakoś przez ostatnie dziesięć lat nie kwapiłeś się wysyłać pieniędzy na rachunki.
— I co jeszcze! A kto przez całe twoje życie dbał o to, żebyś miał co zjeść i w co się ubrać?!
— GUWERNANTKI!
Malfoyowie, stojąc dokładnie naprzeciwko siebie, niemalże buzowali ze złości. W końcu Lucjusz odpuścił pierwszy i wydał z siebie cierpiętnicze westchnięcie.
— Salazarze, czy to znowu skończy się awanturą o deportację tej charłaczki?
— Nie nazywaj jej tak! Consuela była aniołem!
— MIAŁEŚ TRZY LATA! Nawet jej nie pamiętasz!
Y tus cojones son tan blancos como tu cabello!
— Co to do licha nawet znaczy?!
— Nie wiem!
Milczeli chwilę, ciężko dysząc, a gdy już nieco ochłonął, Draco zaczął robić drugą kawę. Tym razem w przypływie miłosierdzia i zdrowego rozsądku zrobił dwie.
— Co ja z tym wszystkim zrobię? — rzucił cicho w eter.
Malfoy senior parsknął kpiąco i po raz pierwszy od dawna przemówił do syna całkiem na serio:
— Ubierzesz się, otrzepiesz, uporządkujesz włosy i pójdziesz porozmawiać z tą całą Skeeter, szlag by trafił ten parchaty ród. — Położył mu rękę na ramieniu i skierował jego podbródek ku górze. — Draco.
— Mhm — wyburczał, mrużąc oczy.
— Draco, spójrz na mnie.
— Zioniesz alkoholem…
Lucjusz zdawał się być tym faktem w najmniejszym stopniu nieporuszony.
— Najważniejsza dewiza Abraxasa Malfoya? — zapytał poważnie.
— Majątek i bzykanie nieletnich członków rodziny? Au!
— Pozew sądowy, chłopcze!

***

Mistrz eliksirów był w nastroju wybitnie pokojowym odkąd z powrotem na dobre zagnieździł się w swoich lochach. Minerwa McGonagall była skłonna na to przystać tylko z dwóch powodów: po pierwsze w obecności Severusa portal zdawał się być udobruchany, a jak wiadomo brak eksplozji równał się brakiem wyjców od wzburzonych rodziców. Po drugie — Snape obiecał wznowić prace nad odzyskaniem nieodżałowanej części ciała pedagogicznego, która postanowiła zakończyć swój żywot w innej galaktyce, a niestety była Minerwie raczej niezbędna, jeśli Hogwart nadal miał oferować kurs z numerologii.
Co więcej, niektóre jednostki w obliczu jego ostatniej lekkomyślnej poufałości przyjęły ją za pewnik i w związku z tym postanowiły wleźć Severusowi całkiem na głowę. Powinien był się upomnieć o licencję na zabijanie.
— Sever.
— Teraz nie mogę — próbował się bronić, przymocowując swój wielki projekt do ściany i odsuwając się na kilka kroków, by zobaczyć czy wisi równo. 
Rozrzucone na stole notatki, kartki, książki, księgi i pergaminy walały się po całej klasie, z której wcześniej powyrzucał wszystkie ławki i krzesła.
— Sever…
— Wyjechałem!
— Severr! Jesteś mi to winien!
— O wypraszam sobie! — Odwrócił się na pięcie, posyłając Draconowi obrażone spojrzenie numer trzy. 
— Severusie, to naprawdę w końcu uporządkowałoby wiele spraw…
Et tu, Potter?
— Mówię poważnie, Sever, teraz nie ma szans, żeby to ucichło samo z siebie.
— To już nie mój problem! — zagrzmiał mrocznie, stając na tle ziejącego ze ściany portalu i wyglądając dzięki temu nader efektownie. 
Draco, wybitnie niewzruszony tym dramatem, na powrót pokazał mu wymiętego „Proroka“.
— A właśnie, że twój! I patrz jak ładnie wyszedłeś na zdjęciu, zupełnie jak nie ty…
— Wynocha z moich lochów! Obydwaj!
— Ile czasu czekałeś, żeby w końcu to do kogoś powiedzieć?
— Jedynie jakieś trzy godziny — wtrącił Potter, naraz całą sytuacją rozbawiony. —  Severusie, mogę wam z tym pomóc, organizacja to nie problem.
— Od kiedy z ciebie taki samarytanin, Potter? — Draco zwrócił się do dawnego szkolnego wroga, który tylko wzruszył ramionami.
— Widocznie moje dane personalne to dla niego za mało, teraz chce też mojej godności — poskarżył się Severus, wracając do przeglądania notatek Septimy, na których jego własne bazgroły czerwonym tuszem idealnie zamazywały całą treść i sprawiały, że ten bajzel stawał się możliwy do odczytu już chyba tylko dla niego.
— Zgrabnie ujęte, Sever.
— Przepraszam, że przeszkadzam…
Awantura trzech Ślizgonów i pół (tytuł, który w obliczu ostatnich machinacji Pottera zdawał się według Draco słusznie do niego należeć) obróciło się jak na komendę, gdy doszło ich wymowne chrząknięcie gdzieś z okolic drzwi. Harry wykazał się błyskawicznym refleksem, wyczarowując gigantyczną, czarną zasłonę, która skutecznie przykryła portal.
— Więc to naprawdę pan, profesorze… — Drzwi skrzypnęły i w progu stanęła naprawdę ostatnia osoba, którą Snape spodziewał się zobaczyć za swojego (drugiego) życia.
— Granger? — Zamrugał kilka razy, ale im bardziej się przyglądał, tym bardziej o pomyłce nie mogło być mowy.
Pokiwała gorliwie spuszoną grzywą loków i podeszła zaraz bliżej, choć nie bez pewnej dozy ostrożności.
— Co tu robisz, Granger? — zapytał bezceremonialnie, z uwagą przerzucając kartki i notatki z jednej strony na drugą, udając, że zwyczajnie go to wszystko nie interesuje i ma teraz ważniejsze sprawy na głowie — co w sumie nie rozmijało się z prawdą aż tak bardzo.
— Przybyłam jak najszybciej się dało!
— Całkowicie niepotrzebnie.
— Profesorze! — W jej zdumieniu dostrzegł również bezsprzeczną radość, co wcale nie poprawiło mu humoru.
Z niewiadomych względów zdawała się być zadowolona, że go widzi. O co tu chodzi? 
— Jak udało się panu przeżyć? To niezwykłe! — Wyciągnęła do niego rękę, więc zaraz się zachowawczo odsunął.
— Antidotum, Granger — skłamał gładko. — Antidotum, trochę sztucznej krwi, szybkie Glamour, teleportacja… Poza tym nigdy nie ruszam się z domu bez paszportu. 
Salazarze, litości! Nieco machinacji Albusa, trochę bajek o dobroci serca i Gryfoni jedli mu z ręki! Dziwił się, jak szybko łyknęła jego wersję. Musiał przyznać, że trochę go zawiodła. Kto jak kto, ale akurat ona nigdy nie przestawała zadawać pytań, co się zmieniło? Będzie musiał zapamiętać ten przepis…
Jedyną osobą bliżej nieporuszoną obecnością Gryfońskiej encyklopedii wiedzy zbędnej i zbyt szczegółowej był, co oczywiste, Potter. Potter! Wierny uczeń największego manipulanta dwudziestego wieku musiał to wszystko zaaranżować, pytanie tylko po co? Czy naprawdę myślał, że (wątpliwe) damskie wdzięki przekonają go do jego nowego zidiociałego pomysłu? Też coś!
— Severusie, ja i Hermiona pomożemy wszystko zorganizować, zbierzemy najlepszych dziennikarzy-…
— Nie. Wykluczone! — Wybudził się z transu i wrócił do wnikliwego studiowania instrukcji eksperymentalnego zamknięcia portalu.
— Sever, na Salazara! — Draco walnął gazetą o stół, przez przypadek strącając butelkę atramentu na podłogę.
Snape zareagował na to niemalże apopleksyjnie, nurkując tam zaraz ze szmatą i burcząc coś o swoich cennych lochach i prywatnej podłodze. Hermiona uniosła brwi na ten widok, bo chyba jeszcze nigdy w życiu nie udało jej się bycia świadkiem sytuacji, w której Severus Snape czyściłby cokolwiek bez użycia różdżki.
— Długa historia — wyjaśnił Harry, odgadując jej myśli natychmiast.
— Och, Merlinie! Chłoszczyść! — Granger podeszła do stołu i wzięła w dłonie pomiętego „Proroka“. — To jest prawdziwy problem!
„ZJAZD RODZINNY ŚMIERCIOŻERCÓW PO LATACH!“, głosił szumny nagłówek, pod którym umieszczono duże zdjęcie Severusa i Dracona przechadzających się razem po Pokątnej.
Hermiona wypuściła ze świstem powietrze, a potem pokręciła głową z dezaprobatą.
— To przecież absurd! Możecie to podciągnąć pod co najmniej trzy paragrafy o-…
— Zniesławienie, oszczerstwo, potwarz, naruszenie wizerunku, znalazłbym też coś na to fatalne ujęcie, bo to naprawdę nie jest mój dobry profil — wtrącił się zaraz Draco, na co Harry uśmiechnął się nieznacznie zza jego pleców.
— To im wytocz proces. Ale beze mnie. Ja mam swoje problemy — skwitował Snape, wracając do przerzucania ksiąg.
— Jakoś nie widzę, żebyś się zbyt gorliwie za to brał — odgryzł się Malfoy.
— Ponieważ — syknął Severus — gdybyś nie zauważył niekoniecznie mogę zamykać-… — Szybkie spojrzenie w stronę Granger uświadomiło mu, że spowiedź ze swojego cudownego ożywienia przelała czarę i nie ma zamiaru opowiadać jej o portalu. Przedłużająca się dyskusja zaczynała mu działać na nerwy. — Te konkretne drzwi. W momencie, gdy ta niedorzeczna kobieta urządziła tam sobie międzygalaktyczny rejs.
— Rejs? — Brwi Hermiony podjechały aż po linię włosów.
— Profesor Sprout zdarzył się mały wypadek z udziałem wybitnie nieprzejednanej framugi. — Draco zręcznie wślizgnął się do dyskusji, obejmując magomedyczkę poufale ramieniem i sadzając ją na pobliskim krześle, które zaraz jej też wyczarował, gdyż Perfekcyjna Pani Lochu dokonała wcześniej na tym polu dość radykalnej czystki. — Nic poważnego, choć jest to sprawa dość delikatna, niebezpieczna dla zdrowia i nie możemy wezwać ślusarza, dlatego Sever pracuje nad eliksirem frykcyjnym, żeby, sama rozumiesz, nieco  r o z l u ź n i ć  atmosferę…
Snape rzucił mu złe spojrzenie, a Harry z trudem powstrzymał uśmiech, więc siłą rzeczy jego twarz przedstawiała sobą teraz dość dziwaczny grymas pośredni. Sytuacja była tak absurdalna, że dziwił się, że Hermiona jeszcze nie zaczęła krzyczeć. Sińce pod jej oczami wyrażały jednak więcej niż tysiąc słów — musiała być poważnie niewyspana. Do tego dochodziła piąta rano, tego też się nie dało ukryć.
— Wracając… — Gryfonka wygładziła nieco gazetę. — Profesorze, naprawdę uważam, że konferencja prasowa to wasze jedyne rozwiązanie. Pozwoli wszystko wyjaśnić. Odzyska pan własny głos w sytuacji! Wszyscy muszą się dowiedzieć, że jest pan bohaterem!
— Muszą? — wyraził nieśmiałą wątpliwość.
— Muszą — zapewniła.
— Mój głos ma się świetnie w samotności, Granger.
— Severusie, przez podobne insynuacje Draco może stracić praktykę — dodał Harry.
— A pozew w niczym tu nie pomoże, bo pomyślą, że ma coś do ukrycia!
Malfoy spojrzał na nich z pewnym uznaniem, choć bardzo szybko zmienił zdanie i przywołał znudzoną minę.
— Pomyśl tylko, Severusie — zaczął znowu Potter — zadziała tu nasz pozytywny PR, mój i Hermiony.
— Hej! — oburzył się Malfoy, ale został zignorowany.
— Kto inny zdoła ujarzmić ten bałagan jeśli nie najzdolniejsza czarownica swojego pokolenia i-…
— Zdegradowany Śmierciojad ze smykałką do trucizn? — wtrącił ironicznie Severus.
— Właśnie.
Mistrz eliksirów byłby przewrócił oczami jeszcze bardziej, ale wydało mu się to z anatomicznego punktu widzenia niezwykle nieostrożne. Nagle jego wzrok skupił się na brakującej stronie, którą wcześniej wziął jedynie za zawieruszoną pustą kartkę. Umilkł na dobre parę minut, a gdy prześledził pobieżnie pierwsze kilka zdań, obraz sytuacji stał się nagle cudownie klarowny.
— Pod jednym warunkiem, Potter… — mruknął przebiegle, z satysfakcją obserwując jak wszyscy zebrani w lochu są gotowi spijać każde słowo z jego ust.

***

— Panie Snape! Panie Snape! Mafalda Gatswick, magazyn „Czarownica“-…! — Wyjątkowo korpulentna kobieta w wieku średnim prawie strzeliła go w twarz dziennikarskim mikrofonem.
— „Czaro-…“ Czy jest pani pewna, że jest na właściwej konferencji? Au!
— Panie Snape — kontynuowała niewzruszenie, podczas gdy Severus posyłał chrześniakowi złe spojrzenia i rozmasowywał ramię — jakie jest pańskie stanowisko w sprawie autonomii centaurów? — zagrzmiała.
— Że co proszę? — Mistrz eliksirów skrzywił się wybitnie złowrogo, podczas gdy Hermiona szybko podszepnęła mu na ucho coś o niezwykle modnych w tych czasach wybiegach tolerancji w stronę ciemiężonych dotąd ras, które to rzecz jasna nie mogłyby mieć tego w głębszym poważaniu. Ale cóż — liczył się image.
Harry, Draco, Severus i Hermiona siedzieli za stołem w największym pokoju konferencyjnym Departamentu Aurorskiego, z którego dziennikarze i tak wylewali się falami. Zewsząd błyskały flesze aparatów, a złaknieni sensacji reporterzy przekrzykiwali się na wyścigi.
— Panie Potter! Panie Potter, z tej strony Rufus Broomsby, „Quidditch bez tajemnic“! Panie Potter, czy zamierza pan powrócić do drużyny?
— Nie, nie wydaje mi się — bąknął Harry, wyraźnie nie do końca rozumiejąc zasadność pytania. — Nie należę do żadnej, latam tylko hobbystycznie.
— Rozumiem, obawia się pan ze względu na średnią z wyników Ginewry Weasley? — kontynuował impertynent. — Ciężko byłoby konkurować z byłą żoną, która lata bez porównania lepiej, prawda?
Harry postanowił przemilczeć to wybitnie niestosowne pytanie, dając szansę na wypowiedź kolejnej dziennikarce. Nie zauważył, że Draco niebezpiecznie mruży oczy i uprawia pod stołem niecne machinacje z użyciem różdżki skierowane na Broomsby’ego. Hermiona również wbijała w dziennikarza spojrzenie tak złe i nienawistne, że gdyby miał on choć odrobinę przyzwoitości, zaraz zająłby się ogniem samoistnie.
— Panie Snape, Ferdynand Goode z „Alchemii Dzisiaj“. — Na dźwięk tytułu gazety Severus wyraźnie się odprężył, co objawiało się tym, że minimalnie rozluźnił szczęki. — Czy planuje pan powrót do kariery naukowej? Pańskie artykuły o zastosowaniu trujących grzybów w eliksirach leczniczych były rewolucyjne.
Snape poprawił się na niewygodnym krześle, dając wyważoną, szczegółową wypowiedź tonem tak wyjątkowo jak na niego przyjaznym, że siedzący obok Draco nie mógł ukryć zdumienia.
— Panie Snape, a co z wnioskiem Akademii Nauk Magicznych, która chciała pozbawić pana tytułu post mortem? — Ferdynand Goode najwyraźniej nie był zadowolony z tak nieporywającej riposty, więc postanowił uszczknąć ze skandalu coś dla siebie.
Mistrz eliksirów zgrzytnął zębami i wycedził powoli do podsuniętego mu mikrofonu:
— Będą zatem musieli wyrwać dyplom z moich zdrętwiałych, martwych palców, a Merlin jeden wie, że skoro Voldemort nie dał mi rady, im też nie daję na to większych szans.
Hermiona pokryła się purpurowym rumieńcem, a Draco wyglądał jakby połknął żabę. Odsunął Severusa w swoją stronę i warknął do niego dyskretnie:
— Co jest według ciebie pozytywny PR?!
— Panno Granger! — ćwierknęła tymczasem atrakcyjna brunetka z krwistoczerwonymi paznokciami i takąż szminką. — Miriam Skeeter, „Prorok Codzienny“ — rzuciła z taką niedbałością, jak gdyby uważała, że jej sława powinna ją już dawno wyprzedzać. — Co ma pani do powiedzenia na temat swojego związku z osobami oskarżonymi o popieranie Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-…
— Tu pozwolę sobie pani przerwać, ponieważ już dawno wolno. — Hermiona uśmiechnęła się nieprzyjemnie. — Panno Skeeter, pani mnie zadziwia, te procesy są przecież tajne.
— O? — zdziwiła się uprzejmie dziennikarka, a jej samonotujące pióro skakało po notesie tak zawzięcie, że niemal przebiło go na wylot.
— Dopóki ich wyroki nie zostaną upublicznione, nikt nie ma prawa dociekać, kto został uznany za kogo za drzwiami Wizengamotu.
Draco gwizdnął przeciągle, rozpierając się swobodnie na krześle. Oto Panna-Wiem-To-Wszystko, którą znał i… Mógł uznać, że właśnie zaczął szanować. Miriam Skeeter usunęła się z podkulonym ogonem, a gdy próbowała zadać następne pytanie, została bezczelnie zignorowana. Konferencja i tak trwała już od dobrej godziny i wszyscy, oprócz dziennikarskich sępów, mieli tego szczerze dość.
— Mamy jeszcze chwilę na ostatnie pytanie… — Harry spojrzał po przepychających się reporterach, którzy prawie wchodzili sobie na głowy. — Tak, pan w drugim rzędzie?
— Panie Snape, Eddard McCluck z „Heralda Północy“! Musi pan w końcu odnieść się do największego tematu tabu: gdzie pan przebywał przez ostatnie dziesięć lat?
Snape udał uprzejme zdziwienie, patrząc z pogardą na morze ludzi, którzy jak jeden mąż niemalże wstrzymali oddech.
— Cóż, czy to nie oczywiste? — Złożył ręce przed sobą i oparł się o stół. — W Nowym Jorku.
Była to odpowiedź tak bezpośrednia i prosta, że McClucka na chwilę wręcz zatkało.
— A… Z jakiegoś szczególnego powodu? — pisnął.
— Sting był w tej kwestii bardzo przekonujący.
Salwa śmiechu poniosła się po pokoju i nawet Hermiona nie mogła otrząsnąć się z szoku, że stary Nietoperz posiada poczucie humoru. 
— A co z ludźmi, którzy tu zostali i w pocie czoła starali się oczyścić pańskie imię? Pan Potter utrzymywał, że był świadkiem pana śmierci!
— Pan Potter i ja zawarliśmy gentlemańską umowę. — Harry odwrócił się w stronę Snape’a tak szybko, że niemal skręcił sobie kark. Co jak co, ale stary Severus nie zająknął się ani na moment. Miał taki dryg do kłamstwa, że było to niemal przerażające. 
— W zamian za pomoc w sprawach, o których nadal nie mogę się wypowiadać ze względu na bezpieczeństwo narodowe, odbyłem więcej niż bardzo zasłużone wakacje w czasie pożyczonym.
— Czyli ma pan zamiar zniknąć ponownie?
— Tego nie powiedziałem, ale jeżeli magiczna Anglia aż tak bardzo nie może się beze mnie obejść, to następnym razem radziłbym umieścić moje zdjęcie na kartonach z mlekiem — sarknął, wzbudzając wśród dziennikarzy następną falę chichotu. — Jestem pewien, że pan Malfoy zorganizuje potężną nagrodę pieniężną dla znalazcy.



5 komentarzy:

  1. JUSTICE FOR CONSUELA.
    Draco powinien ją odszukać. Draco nadał pozostaje moją ulubioną postacią, Lu zrobił się creepy - trzeba mu polać czegoś mocniejszego niż kawa czy szampan, wtedy wszystko będzie dobrze. Już końcówką straszysz, A GDZIE JEST DRARRY? CONSUELA.
    Myślę, że Minerwie łatwiej byłoby zatrudnić kogoś innego na to stanowisko, niż oddawać sprawę w ręce tych potępieńców, no ale ona jest zbyt dobra, żeby o koleżance ot tak zapomnieć. :D Czy Snape dowie się co Neville robi zawodowo? To go może znowu wyprawić na drugi świat. xD Sting!

    OdpowiedzUsuń
  2. O matko! Szczepionki, szurnięte matki, dzieci i epidemie... No i przez chwilę naprawdę myślałam, że wprowadziłaś w życie Nevmione (?) czy jakkolwiek to się nazywa.

    A potem to już jazda bez trzymanki: artykuły, skandale, pozwy... KONFERENCJA PRASOWA!
    Snape na konferencji to czyste szaleństwo! To powinno być zakazane!
    W Nowym Jorku!
    Nie wiem, co konkretnie zażyłaś przed napisaniem tego odcinka, ale powinnaś brać tego więcej. Łyżka albo dwie dziennie, tak na początek :)

    P.S. Y tus cojones son tan blancos como tu cabello.
    OMG. Cojones prześladują Malfoyów. Takie są fakty.

    P.S.2. No i zdanie dnia, którego zabrakło w kanonie:
    "Antidotum, Granger — skłamał gładko. — Antidotum, trochę sztucznej krwi, szybkie Glamour, teleportacja… Poza tym nigdy nie ruszam się z domu bez paszportu".
    Rowling powinna się wstydzić. I uczyć!

    OdpowiedzUsuń
  3. Och, jakos trudno mi ostatnio zebrać się do napisania komentarza. Chyba dopadła mnie jesienna chandra :(

    Hermiona i Neville jako magomedycy to... użyję wyrażenia "osobliwy pomysł", choć nie oddaje on pełni moich uczuć. O ile jednak Granger jeszcze zrozumiem, obecność Neville'a lekko mnie skofundowała. Nie wiem, co on tam robi z tą swoją pocieszną fajtłapowatością. No chyba ze planuje zostać dr Wezółem, a nie dr House. To bym zrozumiała.

    Konferencja prasowa to ciekawa, choć nieco dziwna koncepcja. Nawet jeśli stawką jest ratowanie honoru i kariery Dracona. A tak btf, Draco stroniący od skandalów? Łooo matko, I didn't see that comming. Znaczy, łapię, że jest teraz cenionym panem mecenasem, ale, kurczę, dziwne się czuję z tą wizją.

    No i Snape z poczuciem humoru. Dziennikarze będą musieli poddać się długiej terapii, żeby pozbyć się traumy ;p

    Ściskam,
    Bea

    PS Przepraszam za błędy. Jak zwykle piszę z telefonu i nie zawsze wszystko wyłapię :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sprawie Neville'a mam pewien headcanon: przez pół swojej kariery w Hogwarcie zmuszano go do używania nie swojej różdżki. To była różdżka jego ojca, w którego cieniu musiał żyć przez Augustę Longbottom. Okazuje się, że kiedy Neville zdobył swoją własną, kiedy tamta się złamała, wcale nie był beznadziejnym czarodziejem, był naprawdę bardzo dobrym. Tyle że wcześniej przez cały czas wbijano mu do głowy, że nie nadaje się do niczego – coś wiem o tym, jak bardzo może to wsiąść na psychikę. Idąc dalej, Neville był jedną z najodważniejszych postaci w kanonie. Dlaczego? Jego boginem był Severus Snape. Ten paskud i dręczyciel zastraszył biedne dziecko do tego stopnia, że stał się jego BOGINEM (generalnie Albus powinien był tu jakoś pedagogicznie interweniować moim zdaniem, ale co ja wiem o nauczaniu…) ale Neville wciąż dzielnie tydzień w tydzień przychodził na lekcje, nie urywał się i starał się jakoś sobie poradzić – pomimo nerwicy i ataków paniki. Jedyną osobą, która w Neville'a uwierzyła był tak naprawdę Harry Potter (piąta część). Także nie, droga Rowling, nie uważam, żeby skazywanie go na marną posadkę nauczyciela babrania się w ziemi oddawało mu sprawiedliwość. Taki był przynajmniej tok mojego rozumowania. A to że musi żyć w cieniu panny Granger, no to już inna sprawa ;)

      <3 Uściski,
      O.

      Usuń
    2. W sumie, coś w tym jest, nigdy nie zastanawiałam się nad tym w ten sposób. Jeśli mowa o Dumbledorze - on wiele spraw traktował w niecodzienny sposób. Nie mówię o wilkołaku na stanowisku nauczyciela, bo ze wszystkich znanych mi osób był on chyba najmniej niebezpieczną, ale Snape to inna bajka. "Mam ex-śmierciożercę, który nienawidzi świata i ludzi, i pogrąża się w rozpaczy za życiową miłością? A co tam, zrobię z niego nauczyciela, jestem pewien, że będzie w tym świetny!" A ja osobiście nie widzę Neville'a jako nauczyciela na marnej posadce od babrania się w ziemi. Raczej człowieka z pasją, jedną z niewielu osób w tej szkole, która lubi to, co robi i cieszy się, że może przekazać swoją wiedzę innym.

      Usuń